Świat równoległy po kataklizmie

dom po nawałnicy
polecamy

Tydzień mija, a w wielu wioskach kaszubskich o konkretnej pomocy rządowej nie słyszano. Co innego pokazuje telewizja narodowa. A jaki jest prawdziwy obraz tragedii i skala ludzkiej pomocy?

Katarzyna Wyszomierska

Nakla, Tonin, Tuszkowy, Śluza, Lipusz, Sośno, Sylczno, Główczewice, Silno, Żalno – o tych wioskach nie wiedzieliście do wichury, ale co gorsza o tych wioskach nadal nie wiedzą Macierewicz, Szydło i inne persony odpowiedzialne za pomoc po kataklizmie. Pojechali do miejsc, do których można było dojechać. Zrobili konferencję prasową w remizie (Szydło w Brusach), utknęli w błocie (Macierewicz w Rytlu), zaczepiali pracujących strażaków czy nakrzyczeli na samorządowców (Błaszczak koło Suszka, a potem w Chojnicach) i wyjechali… Tyle ich widziano…

Rządowe ustawki na pokaz

– Byłem świadkiem, jak rozmawiają tylko z podstawionymi ludźmi, jak ustawiają swój tłumek – mówi Piotr, wolontariusz, który dotarł z kolegami do Sylczna, aby pomóc po nawałnicy. – Szok. Żaden nie zakasał rękawów, aby z nami popracować, a wręcz przeszkadzają. Strażacy zamiast usuwać skutki tej tragedii, muszą zabezpieczać tyłki vipów ubranych jak na bal. Po kataklizmie na Kaszubach obywatele zdali egzamin w odróżnieniu od władz centralnych. A za chwilę rząd będzie wyciągał pieniądze od Unii na pomoc dla poszkodowanych przez nawałnice. Wstydu nie mają – dodaje wzburzony.

Świat równoległy - kataklizm po nawałnicy
Według strażaków, pod tymi drzewami leżą padłe zwierzęta. Nie tylko flora, ale i fauna ucierpiała. Fot. DM

Romek z Łodzi potwierdza, że takich rządowych „ustawek” było więcej. Jak pisaliśmy kilka dni temu, pośpieszył wraz z innymi pomagać na Pomorze. Jego przyjaciele, wolontariusze z OSA, ODnowy i WIR, którzy pojechali z nim pierwszym transportem, są tam do dziś. Głównie naprawiają dachy. Co ważne, docierają w głąb lasu do małych osad. – Pierwsza pomoc dla Trzebunia dotarła w poniedziałek, cztery dni od kataklizmu – mówi Romek. – Do tego momentu byli odcięci od świata i jak nas zobaczyli, radość była ogromna. I nikogo z władz na razie nie było.

Kolejna wieś czy może sioło – Lamk. Tam dotarli tylko wolontariusze. Do przedwczoraj… W niedzielę zajechała telewizja. Kazali ludziom odpalić piły. Podjechało BMW z dygnitarzami, nakręcili krótką relację i pojechali. „My ciężko pracujemy, oni zostaną bohaterami” – mówili wolontariusze.

Kolejna „akcja”: na samym początku do pomocy w gminie Brusy zgłosiło się pół tysiąca policjantów/ochotników. – Chcieli pomagać, a odmówiono im zgody odgórnie – żali się Romek. – Rozmawiający z nami policjant, który nie chciał ujawnić swych danych, powiedział nam, że byli wściekli, ale co mieli zrobić. Łódzkich harcerzy przebywających tu na obozie ratowali okoliczni mieszkańcy, nie wojsko czy policja.

Obywatelska solidarność w akcji

Największymi bohaterami są strażacy OSP i wolontariusze. Tacy jak pan Marek, który przyjechał z rodziną na pole namiotowe w gminie Chojnice. Ledwie uszedł z życiem; drzewa latały wokół, a on z żoną i dziećmi w namiocie. Żeby jakiś sms przyszedł, aby uprzedzić i schronić się… Przecież istnieją systemy ostrzegania przed kataklizmami… Następnego dnia rano i potem przez kolejne dni szedł pomagać mieszkańcom, a przecież mógł wrócić do domu…

Obywatele okazali zwykłą solidarność. Ludzie skrzykują się na forach internetowych i składają na benzynę do agregatów, a nawet na same agregaty prądotwórcze, które są dość drogie. Tak jest w KOD Łódzkie, który dość szybko zareagował. – Pierwszy wyjazd z darami był pięć dni po wichurze – mówi Romek Durlik, który koordynuje akcję w regionie. – Pierwsze rzeczy zebraliśmy na „hurra”, ale w dniu wyjazdu samochodu w naszej siedzibie przy Gdańskiej zbiórka ruszyła z całą mocą. Drugi transport był trzy dni temu (19 sierpnia). W darach odzież, pościel, żywność, koce, kołdry i agregaty prądotwórcze, na które poszły nasze składki. Obdarowani ucieszyli się z 4 tysięcy metrów plandek, bo pogoda niestabilna. Jestem w drodze z trzecim transportem, a w nim są łóżka dla poszkodowanych. To będzie ostatni, bo teraz inna pomoc jest potrzebna – podkreśla.

Kilka osób z nieformalnej grupy Konfederacja Demokratyczni Wlkp. zainicjowało akcję pomocy dla poszkodowanych, do której włączyli się m.in. koderzy z Wielkopolski. Pojechali z darami na Pomorze. – Mnie poruszyła historia rodziny z Trzebuni, której dom, a właściwie jego pozostałości, zobaczyliśmy w wiosce – mówi Renata Borusińska. –  Gdy przyszła wichura spali w nim rodzice z dwumiesięczną córką. Drzewo spadło na jej łóżeczko. Wydostali ją, miała tylko siniak na rączce. I pobiegli w nocy, w tej burzy, w piżamach, na bosaka do sąsiadów, jakieś 800 m.

Nadal nie ma prądu

Świat równoległy - kataklizm po nawałnicy
Rodzice małej Marcelinki mieszkają w przyczepie campingowej, a dziadek – w kontenerze, który wraz ze skromnym wyposażeniem podarowały osoby prywatne. Fot. DM

Pierwszą miejscowością, do której dotarli wolontariusze były Dziemiany. Spotkali się z sekretarzem gminy i radnymi, którzy skierowali ich do konkretnych gospodarstw. Wiele mniejszych wsi i osad położonych jest w lasach, daleko od głównej drogi, więc dojazd jest utrudniony. To są wyboiste polne drogi, wypłukane przez deszcze. Potem odbyło się spotkanie z mieszkańcami i rozdawanie darów. – Są pogodni, skromni, jakby wciąż oszołomieni, tym, co się stało. Nie jest łatwo przekazywać im te zebrane rzeczy. Wielu naprawdę cudem uszło z życiem – mówi Renata.

Renata opisuje ogrom problemów związanych z brakiem prądu. – Nie ma wody, nie ma tv, radia, nie ma możliwości doładowania komórki, o internecie nie wspominając, czyli zero kontaktu ze światem. I wylicza dalej. – Nie działają lodówki, pralki, kuchenki, oświetlenie, więc nadal są potrzebne świece i zapałki. Poza tym to są wsie, gdzie jest sporo zwierząt. Kiedy jest podłączony agregat pojawia się dylemat, co ważniejsze: dojarki do krów czy prąd dla ludzi? Nie działają chłodnie, więc mleko jest wylewane. Wczoraj jeszcze słyszeliśmy o co najmniej dwóch miejscach, gdzie jest skupisko kilku gospodarstw i gdzie wciąż nikt nie dotarł.

Wciąż potrzebna jest pomoc

To co w Dunajkach działa to pomoc sąsiedzka. Reszta na razie nie. Pozrywane linie energetyczne leżą na drodze, obok słupy połamane w pół. Ponieważ nie ma prądu to jest też problem z pompowaniem wody i tak dalej… Telewizji nie oglądają, no i może dobrze… Jak ktoś pojedzie na zakupy albo przyjadą dary, to dzielą na wszystkie gospodarstwa. To sąsiedzi pierwsi sprawdzili, czy wszyscy są cali po nawałnicy. Na pomoc od rządu nie liczą, liczą na siebie. A potrzeby są ogromne…

– Przywitał nas psiak – mówi Asia, kolejna poznanianka, która dotarła na Pomorze. – Gospodarstwo w Dunajkach widać, że biedne, ale nie ucierpiało w nawałnicy. Na ganku małżeństwo po 80-tce. Bardzo się ucieszyli, kiedy powiedzieliśmy, że przywieźliśmy jedzenie i środki czystości. Gospodarzem jest ich syn, pan Franek. Jest osobą niepełnosprawną, nie ma palca u ręki, a w najbliższym czasie planowana jest amputacja ręki. Cała rodzina żyje ze skromnych emerytur rodziców, renty pana Franka i zasiłku, a ma do utrzymania gospodarstwo… No i do tej pory był las, z którego żyli… obecnie zniszczony cały. Drewno sprzedadzą nie po takiej cenie, o jakiej marzyli, bo wszystko leży. Za chwilę jesień, a potem zima przyjdzie.

I ona potwierdza, że ludzie nadal czekają na pomoc. Taki Raciąski Młyn, który leży niecałe 20 km od Chojnic. W kilku domach mieszka tam 20 osób, w wakacje trochę więcej, bo działa kwatera agroturystyczna. Po dawnym młynie i tartaku pozostały tylko ruiny zabudowań oraz fragmenty śluz i zastawek. Lasy i pola wokół… Do 19 sierpnia, czyli tydzień po tragedii, osada była bez dostępu do jakikolwiek mediów: bez prądu, wody, telefonów stacjonarnych, internetu…

Zero zainteresowania ze strony jakichkolwiek władz. Teraz po oczyszczeniu drogi przyjeżdżają tutaj tylko zwiedzający, żeby zobaczyć zniszczenia. Albo ludzie po wodę ze źródełka…

A w telewizji reżimowej dalej powtarzają, że rząd pomaga…

Katarzyna Wyszomierska

Polub nas na Facebooku