Po co nam ta Unia? Co powiedzieć młodym?

Jak rozmawiać z tymi, którzy wczoraj zostali zlekceważeni przez wojsko na Westerplatte, a obserwując wojnę polsko-polską nic z niej nie rozumieją? Tym, którzy tak mało wiedzą o niepowtarzalnej wspólnocie pokoju, jaką jest Unia Europejska, bo nikt im o niej nie mówi, a chwilami straszeni są wojną?

Zawsze przeżywam ten dzień z głęboką nostalgią, bo nie jest on dla mnie tylko datą wybuchu wojny. 1 września 1939 roku skończyło się moje pogodne, beztroskie dzieciństwo. Miałem wówczas dziewięć lat.

Tego dnia usłyszałem po raz pierwszy trzykrotne wycie syren. To był zapowiedziany przez radio sygnał: alarm lotniczy, wszyscy do schronów. Nasz był na podwórku – głęboki wykop przykryty arkuszem blachy. Popłoch, groza, płacz, lęk – to jest naprawdę wojna. Taki lęk odczułem po raz pierwszy, bo nie rozwiała go ciepła dłoń mamy na czole i jej spokojny głos: „nie bój się, synku, nic się nie dzieje”. Ona się też bała. I z tym lękiem trzeba już było żyć przez kolejne pięć lat – trzeba go było oswoić. Po chwili huk – to wybuch bomby. Trafiła w budynek dwa domy dalej – tam mieszkali nasi przyjaciele, do których rodzice chodzili często „na preferansa”, z ich synkiem, Jędrkiem układaliśmy wtedy zamki z klocków albo podjadaliśmy w kuchni świetne konfitury. Teraz dręczy pytanie: czy żyją? Takie dręczące pytania, o najbliższych, były przez kolejne lata na porządku dziennym.

Jazgot i pierwsze ofiary

A kilka dni później państwowy urząd, w którym pracowała mama, zarządził ewakuację pracowników. Na wschód – byle jak najdalej od frontu z nadzieją, że się cofnie, że to przecież minie, że życie wróci do normy. Nie wróciło. Tymczasem dwa ciężarowe samochody, przystosowane na prędce do przewozu ludzi, wiozły nas w nieznane, bo nikt tak naprawdę nie wiedział dokąd. Można było wziąć ze sobą jedną walizkę i torbę podróżną. Drogi zatłoczone, bo wszyscy gdzieś się przemieszczali  szukając bezpieczeństwa, a wkrótce także szukając schronienia po wypędzeniu, bądź po opuszczeniu zgliszcz spalonych domów: nieprzerwany ciąg wyładowanych dobytkiem furmanek (samochody były rzadkością), idących pieszo ludzi dźwigających swoje tobołki. To jeden z obrazów wojny, jaki pozostał mi w trwałej pamięci. A nas, na jakiejś przewężce drogi, gdzie tłok był wyjątkowy, zaatakowały trzy Messerschmitty. Dokonały kilku okrążeń tuż nad naszymi głowami – wystarczył już przeraźliwy jazgot silników, żeby wzbudzić popłoch, ludzie uciekali w pole, ci co nie dawali rady, kładli się plackiem na szosie, gdzie kto mógł kryjąc głowy. Przy ostatnim okrążenia seria z działek pokładowych wymierzona w ten zdesperowany tłum. Kiedy już huk silników przebrzmiał, okazało się, że nie wszyscy się podnieśli: kilka ofiar konało w kałużach krwi. Ściągnięte z szosy, pozostawione na poboczu zwłoki stawały się coraz częściej fragmentem krajobrazu. A któregoś wieczora, na kwaterze w chłopskim gospodarstwie, widok, który pozostał mi w pamięci na zawsze: w oddali płonące całe miasto – była to Włodawa. Kiedy wiele lat później czytałem sienkiewiczowski „Quo vadis”, tak właśnie wyobrażałem sobie pożar Rzymu.

westerplatteOkupacja – trzeba było się z nią zmierzyć. Mnie wypadło mierzyć się z tym okrutnym czasem w niewielkim miasteczku pod Radomiem, na skraju Puszczy Kozienickiej.  Wojenny los rzucił mnie tam z mamą, ojciec wciąż pozostawał w Warszawie od pierwszych dni działając w podziemiu – wpadał do nas rzadko, chyłkiem, żeby pożegnać się przed kolejną misją, z której mógł nie wrócić. Wracał. Zginął już po wojnie, jako jedna z jej licznych, jakby spóźnionych, ofiar. Obowiązkowo chodziłem do siedmioklasowej szkoły powszechnej – offentlische polnische Volksschule. Przez wszystkie lata nauki było w niej pięć przedmiotów: religia, język polski, przyroda, arytmetyka, rysunki; okupant zdecydował, że tyle trzeba, aby przyszły niewolnik był w swojej pracy efektywny. W połowie okupacji miałem szczęście dołączyć do „tajnych kompletów” – nie każdy na nie trafiał, nie dla każdego znajdowało się miejsce. To była już dość głęboka konspira: pod podany w danym dniu adres przychodziliśmy pojedynczo (była nas piątka), z zeszytami „za pazuchą”, okna przesłonięte kotarą, przed domem zawsze ktoś z domowników na czatach. Podręczniki (stare, przedwojenne) pozostawały ukryte w domu, jeden, niezbędny do przeprowadzenia lekcji, wyciągany był ze skrytki, zwykle pod podłogą. Program obejmował wszystkie obowiązujące w gimnazjum przedmioty, ale w pamięci pozostały lekcje polskiego (literatury) i historii. Prowadził je nikomu w miasteczku nieznany – zjawiał się jakby spod ziemi – stary, siwy profesor, łacinnik (bo była również łacina), w wytartej marynarce, ale zawsze w muszce i srebrnych binoklach. Zwykle rozpoczynał lekcję  od „wiadomości z frontu” – gdzie aktualnie walczą pancerni kawalerzyści gen. Maczka, gdzie II Korpus gen. Andersa – po czym przechodził do lekcyjnego meritum – snucia takiej cudownej w tamtych realiach bajki, w której przeplatały się postacie historycznych bohaterów z bohaterami wielkiej, polskiej literatury. Słuchaliśmy tych opowieści w nabożnym skupieniu i nie jeden raz łza się w oku kręciła chłopakom, którzy na co dzień o niczym innym nie marzyli, jak o tym, żeby w kieszeni mieć „gnata” – polskiego Visa czy radzieckie TT – po to, żeby zabijać. Niemców. Tych w znienawidzonych mundurach „feldgrau”. Sprawców naszego upokorzenia. Naszej nieznośnej biedy. Naszego nieustannego lęku przed tym niewiadomym, co stać się może dziś, jutro. Sprawców tego okrucieństwa, jakiego jesteśmy świadkami.

Sceny grozy, codzienne zmagania

Pozostają w pamięci sceny niezatarte przez całe, długie życie. Ot, choćby ta: idę z kolegą główną ulicą tego naszego miasteczka. Po chodniku – jezdnia wybrukowana „kocimi łbami”, po jej drugiej stronie, zamiast chodnika – piaszczysta droga dla furmanek. Naprzeciwko nas człapie nią żydowskie dziecko, chłopak znacznie od nas młodszy, w za obszernej marynarce (chyba ojca – jest chłodny dzień), w cyklistówce, z gwiazdą Dawida na ramieniu. Jemu nie wolno jest iść chodnikiem. Za nim nadjeżdża konno – zapewne wraca ze spaceru – oficer SS, dorodny, wyprostowany, jakby wyjęty z żurnala. Dziecko go nie widzi, nie wie, że stoi mu na drodze, skąd więc może ustąpić? SS-manowi to przeszkadza, musi zejść z kłusa: grymas na twarzy, sięgnięcie do kabury, strzał. Celnie – w tył głowy. Daje łydką znak konikowi, że droga wolna, znów kłus. Chłopiec leży w kałuży krwi, drga, wkrótce sztywnieje. Zbrodniarze nie lubią świadków: SS-man odwraca się w naszą stronę i wrzeszczy „Raus!” A teraz inna. Sobotni jarmark, targowisko, na którym można kupić jarzyny, czasem udaje się również kawałek „rąbanki” – to takie byle jak poćwiartowane mięso z nielegalnego uboju, a transakcja zawsze ryzykowna, bo grozi za nią wywózka do Niemiec „na roboty”; ale trzeba jakoś przeżyć, wystanego w wielogodzinnej kolejce mięsa „na kartki” starcza na dwa obiady w miesiącu. Czasem wpada na ten jarmark patrol Wehrmachtu: a to przewrócą jakiś stragan, jak im się właściciel nie podoba, a to kogoś zrewidują – budzą strach, ale w sumie nie są groźni. Tym razem było inaczej. Podjechały dwie wojskowe „budy”, wysypało się z nich komando SS. Automaty na piersiach w pozycji „do strzału”. Szczelnym kręgiem otaczają targowisko i wszystkim każą gdzieś iść. Ludzie gnani są wzdłuż dwóch ulic, do pobliskiego młyna. Wokół młyna jest łąka, tam stajemy – przed nami dziwna konstrukcja, wkrótce okaże się, że jest to szubienica. Nadjeżdżają kolejne „budy”, z jednej z nich żandarmi wyprowadzają pięciu mężczyzn – ręce związane „do tyłu”, usta zaklejone taśmą. W jednym z nich rozpoznaję chłopaka z mojej ulicy, jakby sąsiada – może pięć, sześć lat starszy ode mnie. „Techniczne przygotowania do operacji” przebiegają błyskawicznie – to profesjonaliści.  Autem nadjeżdża ktoś wyższej rangi, odczytuje wyrok, z czego wyłowić można tylko jedno słowo: Banditen. Wkrótce na wietrze bezwładnie dynda pięć ciał. Żandarmi odjeżdżają – koniec spektaklu.  Byliśmy widownią, która miała na to patrzeć – dla przestrogi, dla wzbudzenia paraliżującego lęku. Okazało się, że byli to chłopcy z oddziału „Longina” „chodzącego” po Puszczy Kozienickiej, o którym słyszało każde dziecko.

Westerplatte, nigdy więcej wojny

Czy tym lękiem żyliśmy w każdej minucie tej strasznej wojny, która w Polsce wyrażała się okupacją? I tak i nie. On gdzieś tkwił w trzewiach, ale na co dzień był jakby schowany, oswojony. Pół miliona Polaków oswoiło go bardziej niż inni angażując się w struktury Państwa Podziemnego (to był fenomen na skalę Europy), trwała nieustępliwa walka, były chwile radości, kiedy „gazetki” (podziemna bibuła) donosiły o niemieckich klęskach, sukcesach aliantów, dokonaniach polskiej partyzantki. Przeciętny mieszkaniec Generalnej Guberni walczył przede wszystkim o przetrwanie: żeby nie wejść „w łapankę”, gdzie ni stąd ni z owąd zgarniano ludzi i wywożono, jak niewolników, do pracy w Niemczech, żeby zdobyć minimum środków na niezbędne potrzeby, bo bieda była potężna. W moim rówieśniczym środowisku byliśmy tacy „mali dorośli”: jeszcze w końcu dzieciaki, ale już doprawdy czujący brzemię odpowiedzialności. Temat, jak pomóc tym naszym zatroskanym mamom, był na porządku dziennym – rodzin bez ojców było wiele, jedni gdzieś walczyli, inni w obozach (aresztowania pod byle pretekstem były zjawiskiem codziennym), jeszcze inni zaginęli gdzieś w zawierusze wojennej. Ja przez dwa lata hodowałem jedwabniki, z jednym z kolegów ze sporym sukcesem „produkowałem” mydło, próbowaliśmy nawet „pędzić” bimber z ziemniaków. Pod koniec okupacji, jako czternastolatek, pracowałem w smolarni: poza niewielką zapłatą dawało to „dobre papiery” na wypadek łapanki.

Łapaliśmy normalność – mimo wszystko…

A ponad wszelkie okoliczności byliśmy w końcu w tym wieku, kiedy dostrzegasz, że obok ciebie stoi dziewczyna i że ma pięknie upleciony warkocz, a inna – wpiętą we włosy błękitną kokardę. Były więc i „potańcówki” – tak to się wtedy nazywało: stary patefon na korbę i na szpilki, stare, zgrane, przedwojenne płyty firmy „Odeon”. Odkrywaliśmy rytmy tanga i walca (dziewczyny zawsze były w tym lepsze), no – i po raz pierwszy w życiu bliskość „tej z warkoczem”. Jednak i tu było pewne ryzyko: muzyka musiała być przyciszona, przy zamkniętych oknach, żeby nie zwrócić uwagi przechodzącego patrolu żandarmów, bo gromadzić można się było nie więcej, jak w pięć osób, a większa grupa młodzieży w jednym miejscu – to już był pretekst do represji. O wieczornych spacerach w upalne lato można było tylko pomarzyć – obowiązywała godzina policyjna.

Była później jeszcze próba dołączenia do oddziału „Longina”, który szedł do Kampinosu, na odsiecz Warszawie – przy pierwszej potyczce masakra, znów krew, śmierć, ranni. Później krótka przygoda w tzw. małej dywersji. Ale to już nieco inna bajka.

Wszystko to brzmi w końcu dość banalnie – ot, taka wojenna codzienność widziana oczami dziecka, trochę przedwcześnie zapędzająca w dorosłość, trochę głębiej niż w czasach normalnych rzeźbiąca osobowość i ustalająca hierarchię wartości. Gdzie tu szukać przełożenia na śmiały, powojenny projekt innej niż dotychczas Europy, na dzisiejszą Unię Europejską z jej fundamentalnymi wartościami? A jednak…

Na zgliszczach wyrosło potężne drzewo

Niewyobrażalny dramat Holokaustu, dymiących kominów krematoriów, sowieckich łagrów, śmierci ponad 60 milionów istot ludzkich podczas „drugiej światowej”, opisany został w tysiącach tomów historycznych analiz. A to taki mikroskopijny pendant – jak ziarnko piasku w relacji do pustyni – pokazujący, jak ideologia „narodowego wzmożenia” przekładać się może na losy szarego człowieka, jakie sieje spustoszenie, jak odczłowiecza istotę ludzką, jak likwiduje przestrzeń wolności. I wciąż myślę, że to może trafiać do wyobraźni młodych ludzi kiedy mówimy o tym, na jakich wartościach Jean Monnet, Robert Schuman i inni mężowie stanu owych czasów – wielcy na miarę herosów – zaproponowali budowę powojennej Europy po to, żeby to się już nigdy nie powtórzyło. Wizjonerska myśl trwałego pojednania śmiertelnych wrogów, położenia kresu odradzaniu się toksycznych nacjonalizmów w atmosferze powojennej nienawiści tak po stronie zwycięzców, jak zwyciężonych, wydawała się mrzonką. Wciąż jeszcze świeże wydawały się mogiły miliona ofiar z nad Sommy, kolejnego z pod Verdun, nie mówiąc o milionach poległych w tej wojnie, tak Niemców, jak Francuzów, Włochów, nie mówiąc o wygnańcach, nie mówiąc o bezmiarze cierpień, wyrządzonych sobie krzywdach. A jednak się udało, bo wizja „powtórki” przerażała jeszcze bardziej, bo propozycja wspólnej Europy była przede wszystkim propozycją wspólnoty pokoju. Krok po kroku, poprzez wspólne budowanie – zaczęło się od śmiałej próby połączenia potencjału węgla i stali, poprzez wtopienie się we wspólnotę interesów gospodarczych; czerpiąc ze skarbnicy Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka i Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności – żeby nigdy więcej naród przeciw narodowi, Człowiek przeciw Człowiekowi. Dwaj Wielcy – Charles de Gaulle i Konrad Adenauer – podali sobie ręce (a kiedy tylko historia na to pozwoliła – uczynili to Tadeusz Mazowiecki i Helmut Kohl). I dokonało się coś, co nie mieściło się w wyobraźni: nastąpiło pojednanie – żeby nigdy więcej żaden naród nie został pozbawiony wolności dokonywania własnych wyborów, żeby nigdy więcej przemoc, żeby poszanowanie godności istoty ludzkiej stało się oczywistością. I tak wyłoniła się kolejna wspólnota – wspólnota wartości, której wyrazem jest Unia Europejska. Ta budowla wznoszona była uparcie, nieustępliwie, przez pół wieku, aż zwieńczona została w Nicei dumną deklaracją, czemu i komu w swojej najgłębszej istocie ma służyć: Kartą Praw Podstawowych Unii Europejskiej.

Godność. Wolność. Równość. Solidarność. Prawa Obywatelskie. Niezawisłe sądy. Łaskawy los pozwolił w końcu i nam, Polakom, do tej niezwykłej wspólnoty wartości dołączyć. Myślę, że nie ma dzisiaj większego przejawu patriotyzmu jak ten, żeby tej wspólnoty bronić do ostatniego tchu.

Żeby nigdy więcej…

Bogusław Stanisławski – w latach 80-90 działacz „Solidarności”. Współtworzył ruch Amnesty International w Polsce. Z rąk Prezydenta Komorowskiego otrzymał Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski. Jego motto: „Zróbmy coś, aby pozostawić ten świat odrobinę lepszym. Upomnijmy  się o niezbywalne prawa ludzi, ale także naszych »braci mniejszych« – zwierząt, rozglądnijmy się wokół, co można zrobić razem dla wspólnego dobra”.

– – – –

Zdjęcia, autorka Iza Rozmysł, zrobiła po piątkowej uroczystości na Westerplatte, podczas której wojsko nie dopuściło harcerzy do odczytania Apelu Pamięci i żołnierz, mimo ustaleń z organizatorami, odczytał Apel Smoleński.

.

Polub nas na Facebooku