Witaj szkoło czyli belfer, siedź cicho!

-

Mój rozmówca jest młody, przed trzydziestką. Nauczyciel. Znam zawód, wiele lat uczyłam i wiem, jak bardzo są w nim mężczyźni potrzebni.

No, ale mężczyźni rzadko wybierają tę drogę – zarobki słabe, szacunek społeczny bliski zera. Ci, którzy się pojawiają, dlatego, że chcą uczyć, to wielka, tym bardziej cenna rzadkość.

Interesuje mnie nowa wersja jeszcze starej szkoły. Jeszcze starej, bo większość klas należy jeszcze do starego systemu, ale bez obaw – nowe już dotarło.

Pierwszą jaskółką „dobrej zmiany” była siatka nauczycielskich godzin. To kluczowa sprawa, jeśli idzie o zarobki. Pan, nazwijmy go Michał (nie zgodził się na ujawnienie nazwiska z oczywistych względów – nie chce stracić pracy), jest nauczycielem kontraktowym. Oznacza to płacę zasadniczą w wysokości 2361 brutto, a więc netto – 1711,95. Nie poraża, prawda? Pełny etat obejmuje 18 godzin „pod tablicą” i wszystkie pozostałe działania szkolne. Ile tego jest? Michał jest młodym nauczycielem, zaangażowanym, więc stara się prowadzić ciekawe lekcje, co oznacza, że przygotowanie 45 minut zajęć zajmuje średnio 2 godziny. Przygotowanie sprawdzianu ok. 4. Sprawdzanie różnie, ale jeśli założymy, że uczy 5 klas po 30 uczniów, czyli 150 osób, i na każdy sprawdzian poświęca 15 minut, to otrzymamy kolejnych 37 godzin. Oczywiście nie co tydzień. Do tego wywiadówki, rady pedagogiczne, wycieczki (to jest praca przez 24 godziny, nie należy mylić z darmowym wypoczynkiem) i wizja pracy, w której o 13 człowiek jest w domu, gdzieś się rozmywa.

Tzw. „goły etat” to mało, bardzo mało pieniędzy, toteż nauczyciele od zawsze ratują się nadgodzinami. Liczył też na nie Michał, szczególnie że przed wakacjami dowiedział się, że od września będzie ciągnął 1,5 etatu. To bardzo duże obciążenie, ale policzywszy wszystko uznał, że da radę, a budżet mu się dopnie. Koniec bajki miał miejsce pod koniec sierpnia, kiedy to okazało się, że wszyscy dotychczas pracujący w szkole nauczyciele tracą część godzin, żeby stworzyć nowe etaty. Dla nowych, dziwnym trafem w taki czy inny sposób powiązanych z miłościwie panującą nam partią. Reakcje „starych” nauczycieli były podobne – od szukania nowej dodatkowej pracy po szukanie całkiem nowego zajęcia, tym razem z dala od szkoły. Co więcej, wytyczne nakazują tak układać plany lekcji, aby każdy nauczyciel zatrudniony na pełny etat, czyli 18 godzin, musiał być w szkole codziennie, co skutecznie utrudnia poszukiwanie dodatkowych godzin w innej szkole. I tak część osób już zrezygnowała z uprawiania zawodu, a część zrobi to lada moment, jak tylko inna możliwość pojawi się w zasięgu, a o to w Warszawie nietrudno.

Wymuszona wymiana kadr

I w ten sposób dochodzi do wymiany kadr nie w drodze normalnych zmian, jak chciałaby to widzieć minister Zalewska, ale w efekcie stworzenia sytuacji poniekąd wymuszającej odejścia od tablicy.

Ta wymiana kadr ma jeszcze jeden wymiar. Część nowych osób zadaje bardzo dużo pytań, niekoniecznie o sprawy niezbędne do wykonywania pracy. A ponieważ nowa władza jest, jaka jest, więc w szkole zapanował nastrój nieufności. Jak mówi Michał, zawsze należało ważyć słowa, ale teraz należy to robić wyjątkowo dokładnie. Krótko mówiąc, myśleć, co i do kogo się mówi, a najlepiej nie mówić w ogóle. Ostrożność – rzecz piękna, ale jak pracować w zespole, któremu się nie ufa? A że obawy bezpodstawne nie są, Michał się już przekonał. Ktoś go kiedyś zobaczył na marszu KOD-u, komuś powiedział, i nagle pojawiła się kontrola z kuratorium. Długo i pracowicie go kontrolowano, ale okazało się, że nieszczególnie jest się do czego przyczepić. Tym razem było OK, ale następnym? I po co się narażać?

Toteż należy zrobić swoje, nie wychylać się i znikać ze szkoły. Nie angażować się nadmiernie, bo nie dość, że wszystkie ekstra zajęcia prowadzi się za darmo (chcesz zrobić spotkanie z ciekawym człowiekiem? Zrób, ale ani tobie, ani jemu szkoła nie da grosza, bo nie ma), to jeszcze można się komuś narazić. A po co?

Idzie nowe

Pytam o nowe programy, podręczniki, szkolenia. Jak przygotowano was do reformy? Michał dyskretnie prycha.

należy zrobić swoje, nie wychylać się i znikać ze szkoły

Nowe podstawy programowe, owszem, są. Tylko że program nowej klasy siódmej nijak się ma do programu starej klasy szóstej. Nie ma żadnej ciągłości, są za to treści, które wcześniej były w gimnazjum, więc trochę je pozmieniano i gotowe. Trudno zresztą inaczej, skoro całą reformę „przygotowywano” niespełna przez rok. W normalnym trybie program nowej szkoły powinien być przygotowywany dla całego etapu edukacyjnego od razu, tak, aby można było określić, jaka wiedza jest przekazywana na którym etapie i jaki ma być efekt finalny. W tym wypadku zaczęto od klasy siódmej. Całą resztę się dobuduje stopniowo, trochę tak, jakby zacząć budowę domu od dachu.

W liceum jeszcze problemów nie ma, bo na razie mamy tylko stare, trzyletnie. Pierwsza klasa nowego ruszy za dwa lata, kiedy pojawią się pierwsi absolwenci 8-letniej podstawówki. Już teraz mniej więcej widać, co się wtedy wydarzy. To, że do rywalizacji o miejsca w liceach staną dwie grupy uczniów – ostatni rocznik absolwentów gimnazjum i pierwszy szkoły podstawowej, już do dawna wiadomo. Teraz dochodzi nowa wiedza – wygląda na to, że obie grupy będą jednakowo źle przygotowane. Gimnazjaliści dlatego, że nauczyciele uciekają z gimnazjów w dzikim tempie. I trudno się dziwić, skoro już zmniejszyła się liczba klas (a więc godzin pracy), w przyszłym roku będzie jeszcze gorzej, a potem koniec. Trzeba by grubej naiwności, żeby przypuszczać, że po nauczycieli gimnazjalnych ustawią się kolejki dyrektorów chętnych do ich zatrudnienia, toteż jeśli ktoś ma szansę na nową pracę teraz, to po prostu do niej idzie. Do wygaszanych gimnazjów trafiają osoby w wieku przedemerytalnym (gdzieś trzeba dopracować ten rok czy dwa) albo desperaci. Żeby „odpękać”. Nie pytajmy zatem naiwnie o ich zaangażowanie w kształcenie.

Nowe siódme klasy to dla odmiany ziemia nieznana. Krótko mówiąc – nie wiadomo ani czego, ani jak uczyć

Nowe siódme klasy to dla odmiany ziemia nieznana. Krótko mówiąc – nie wiadomo ani czego, ani jak uczyć. Szkolenia, owszem, mają się zacząć. Jakoś późną jesienią, kiedy rok szkolny będzie już pięknie rozwinięty.

Michał ma dobrą perspektywę oglądu gimnazjów, bo należy, jak sam mówi, do grupy, która zaczynała w ośmioklasowej podstawówce, a potem skrócili im wyrok. Na własnej skórze przećwiczył wprowadzenie gimnazjów (też niezbyt dobrze przygotowanych, ale na tle dzisiejszego bałaganu to przygotowanie wydaje się perfekcyjne), a potem wrócił do tej szkoły jako nauczyciel. Widzi, ile zrobiono przez te lata. Nauczyciele „nauczyli się” gimnazjów, wypracowali metody, odbyli setki godzin szkoleń i wreszcie widać było efekty. Że nie było idealnie? Nie było. Że młodzież w gimnazjach jest trudna? Jest. Ale nastolatki nie staną się grzeczne i ułożone tylko dlatego, że się je wepchnie do ośmioklasowej szkoły. Świat się zmienił i czy się nam to podoba, czy nie, młodzież żyje inaczej niż trzydzieści lat temu. Nawet 5 godzin religii tygodniowo tego nie zmieni. Co więcej, jak wspomina mój rozmówca, w podstawówce, w której zaczynał, było normą, że maluchy obrywały od starszych uczniów. Tylko że wtedy taki 13- czy 14-latek mógł pierwszakowi zabrać kanapkę. Albo schować teczkę. Albo dać łeb w ciemnym kącie, ale tak, żeby nikt nie widział.

Teraz za to może mu zabrać komórkę. Albo cokolwiek innego. Albo zwinąć dzieciaka w ustronne miejsce, zrobić mu coś bardzo niefajnego, a przy okazji nagrać film i wrzucić do Internetu. Dzieciak jest załatwiony. Będą się bać? A kogo lub czego? Nastolatków, którzy zajmują się taką działalnością boją się inne dzieci, nauczyciele, a nawet rodzice. Oni sami za to nie boją się nikogo i nie ma znaczenia, czy uczą się w szkole powszechnej, czy w gimnazjum. Do tej pory mieli najwyżej dwa młodsze roczniki do znęcania się, teraz – w najlepszym momencie – aż siedem. Cóż za pole do działania!

Michał jest przygnębiony. Bałagan, brak kasy, zła atmosfera w pracy nie dodają optymizmu. Mówi, że jest na rozdrożu. Lubi ten zawód i wybrał go, bo taka jest jego pasja, czy górnolotnie mówiąc, powołanie. Nie chce rezygnować, ale przyszłość rysuje mu się ponuro. Mówi, że jeszcze zaczeka, na razie kontrolnie rozsyła CV w różne miejsca. Jeśli znajdzie coś naprawdę ciekawego…

anpuz

Od Redakcji

Pani Ilona pracująca w Zespole Kształcenia Zawodowego w Tczewie, rok temu otrzymała naganę za „niedostosowanie ubioru do charakteru i powagi miejsca pracy, jakim jest szkoła”. Była ubrana w sukienkę kończąca się za kolanami. Dyrekcja ostrzegła ją, że jeśli sytuacja się powtórzy, zostaną „wyciągnięte kolejne sankcje dyscyplinarne”. Sąd Rejonowy w Malborku orzekł, że nagana jest nieuzasadniona i nakazał usunąć ją z akt pani Ilony. W tym roku wszedł do tczewskiej szkoły zmieniony regulamin dot. ubioru pracowników szkoły (w tym zabrania się noszenia „zbyt krótkich spódnic i sukienek – ich minimalna długość to 2 cm nad kolanem” i „butów na zbyt wysokim obcasie – prawidłowa wysokość obcasa do 8 cm, krótkich spodenek, również tych do kolan”, a dla panów zakazane są „ubrania wzorzyste i o jaskrawych kolorach, jeśli nosimy dżinsy powinny pozostać w ciemnych odcieniach”). Pan Michał powinien dziękować losowi i swojej dyrekcji, że pozwala mu chodzić do pracy w kolorowych koszulkach.

Zdjęcia Jarosława Szostakowskiego pochodzą z piątkowej pikiety „Głośno o deformie!” zorganizowanej w Warszawie przez ruch „Rodzice przeciwko reformie edukacji”.

Najnowsze

Uznany fotograf, autor teatralnych i filmowych plakatów czy ilustracji książkowych Tomasz Sikora był twórcą kampanii „Nie świruj, idź na wybory”. O kulisach kampanii, orędziu marszałka Grodzkiego, wyzwaniach „nowej ery” rozmawiał z Katarzyną Wyszomierską.
Prof. Dimitry Kochenov o praworządności. W panelu biorą udział sędzia Piotr Gąciarek oraz Maciej Taborowski z biura RPO.
Sędziowie Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu uznali, że nominacje nowej KRS powinny zostać poddane ocenie przez Sąd Najwyższy. W dniu ogłoszenia wyroku odbyły się w wielu miastach pikiety. Podczas manifestacji w Krakowie „Czekamy na KReS neoKRS” głos zabrał prof. dr hab. Fryderyk Zoll.
O zapaści w szpitalnictwie rozmawiamy z dyrektorem jednego z powiatowych szpitali na południu Polski.
Jak zapobiegać zdarzeniom bezczeszczącym ofiary hitleryzmu? Wiele osób oburzyło się aktem wandalizmu, ale kto realnie przeciwstawi się kolejnym? Chcą to zrobić członkowie jednego ze stowarzyszeń łódzkich.

Artykuły o zbliżonej tematyce