Pretorianie, Kulsony, ZOMO, czy…?

Pretorianie, Kulsony, ZOMO, czy…?
Fot. Katarzyna Pierzchała

Dorota Ceran w rozmowie z Krzysztofem Balcerem, przewodniczącym  Zarządu Wojewódzkiego NSZZ Policjantów w Łodzi, o pracy w policji za rządów PiS.

Kiedy widzę zastępy młodych ludzi z oddziałów prewencji obstawiających rozmaite demonstracje, mam wrażenie, że wielu z nich nie czuje się w tej roli komfortowo. Swoją pracę wykonują tak, jak wymaga tego służba, ale na wielu twarzach widać zakłopotanie.  Czasami udało mi się dostrzec  ukradkowy uśmiech przesłany w kierunku protestujących przeciwników władzy, czasami nie. Bo przecież do służby wstępują ludzie o różnych poglądach. A rozkaz wykonać trzeba. Widziałam policjantów w postawie „na baczność” śpiewających hymn Polski wraz z protestującym tłumem, z czapką w jednej dłoni, z drugą dłonią na sercu. Wtedy przyszło mi do głowy, że w antycznym Rzymie, kiedy cesarza dosięgało szaleństwo, jedyną nadzieję pokładano w  pretorianach.

Rozmawiam z komisarzem Krzysztofem Balcerem – przewodniczącym  Zarządu Wojewódzkiego NSZZ Policjantów w Łodzi.

Zwolnić związkowca

Krzysztof Balcer: Kiedy przyszła nowa władza, zorientowałem się (choć przez chwilę liczyłem na normalność), że mnie z tej policji wyrzucą na emeryturę. A ja się nigdzie nie wybierałem.

Polub Skwer na facebooku

Dorota Ceran: Wielu ludzi chętne korzysta z możliwości odejścia na emeryturę. Czemu Pan nie chciał?

Krzysztof Balcer: Nie planowałem odejścia, ponieważ służba w policji znaczy w moim życiu bardzo wiele. Pokonując kolejne szczeble policyjnej hierarchii, kształcąc się i doskonaląc miałem poczucie tworzenia rzeczy nowych i ważnych.  Oczywiście, jak wielu doświadczonych policjantów  z długim stażem pracy, otarłem się jeszcze o służbę w milicji. Jednak gruntowne wykształcenie i szlify oficerskie zdobywałem już jako policjant. Pracowałem jako negocjator. Stworzyłem w Łodzi pierwszą w Polsce etatową komórkę negocjatorów. Jestem wykładowcą i autorem podręcznika.

Dorota Ceran: Ale także związkowcem.

Krzysztof Balcer: Do związku należałem od lat, ale też przez całe lata nie przyjmowałem żadnych związkowych funkcji, bo wiązałoby się to z koniecznością zaniechania stricte policyjnych działań. Kiedy weszła w życie ustawa dezubekizacyjna (nazywam ją „ustawą represyjną”) i kiedy jednocześnie nadszedł czas kolejnych wyborów do władz Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Policjantów, w wyniku których zostałem szefem łódzkich struktur, zaczęto na różne sposoby nakłaniać mnie do odejścia ze służby.

Pretorianie, Kulsony, ZOMO, czy…?
Fot. Katarzyna Pierzchała

Komendant wojewódzki, inspektor Andrzej Łapiński próbował mnie nakłonić, przymusić, przekupić, żebym odszedł. Tak bardzo mu zależało, że oferował  mi  w zamian 800 złotych dodatku. Powiedziałem mu, że jestem zdrowy, młody – mam 56 lat i posiadam wystarczająco dużo energii, aby jeszcze zrobić dla policjantów coś dobrego. Nie chciałem złotówki. To być może miało być takie 800+. Chyba nikt nie powiedział panu komendantowi, że mnie się nie da kupić. W międzyczasie ludzie ze związku przyszli i prosili Krzysztofa Balcera, żebym przyjął funkcję przewodniczącego. Wiedziałem, że to nie jest słodki chleb i że to będzie  koniec rozwoju mojej kariery jako czynnego policjanta. Ale w tej sytuacji powiedziałem: Dobra.  Ludzie mnie znają, lubią, szanują, mam autorytet, umiem przekonywać. Zdecydowałem się. Wybrali mnie i  zacząłem kierować związkiem w Łodzi.

Dorota Ceran: Jak przyjął to komendant wojewódzki?

Krzysztof Balcer: Na początku komendant wojewódzki deklarował współpracę. Potem, ze względu na różnice  w pojmowaniu zasad budowania struktur związkowych nasze drogi się diametralnie rozeszły. To są skomplikowane, wewnętrzne dylematy, pewnie kompletnie niezrozumiałe dla osób z zewnątrz, więc  nie chcę w to wchodzić.  Ale jako związek chcieliśmy współpracy z panem komendantem i deklarowaliśmy ją. Mówiłem wtedy „Być może obaj rożnie postrzegamy sposób, w jaki mamy współpracować, więc usiądźmy do stołu i spotkajmy się gdzieś w połowie drogi. Bo ani pan nie może narzucać mi pewnych rzeczy, ani ja nie chcę panu niczego narzucać. Ale musi pan jednak  zrozumieć, że ja nie umiem chodzić na kolanach”.

Niestety, do porozumienia nie doszło.  Wydano decyzję dotyczącą mnie i mojego zastępcy, Tomasza Borowieckiego, że po odwołaniu ze stanowisk (Borowiecki był komendantem komisariatu w Krośniewicach, a ja zastępcą komendanta powiatowego w Łęczycy) przysługuje nam zgodnie z ustawą prawo do uposażenia na dotychczasowym poziomie przez 6 miesięcy. Ale jest też przepis wynikający z ustawy o związkach zawodowych, który mówi, że jeżeli ktoś pełni funkcję z wyboru i jest oddelegowany do tej pracy to nie wolno mu przez okres kadencji  i jeszcze przez rok po upływie tej kadencji   zmienić warunków służby ani zmienić warunków płacy na niekorzyść.

Pretorianie, Kulsony, ZOMO, czy…?
Fot. MBK

Rzecz w tym, że od samego początku chciano się mnie pozbyć z policji. Więc szukano, jak nas można ugryźć, żeby nam dopiec, żeby nas zniechęcić. I znaleziono taki artykuł, że pieniądze na dotychczasowym poziomie będziemy dostawać przez 6 miesięcy, a potem – to się zobaczy. Czyli, że jak będziemy chodzić na kolanach, to nam utrzymają te pieniądze, które mamy, a jak nie: „To wiecie…” Odwołaliśmy się od tych decyzji.

Ale komendant wojewódzki podjął decyzję, że nas zwalnia z obowiązków służbowych na czas kadencji, ale ignorując ustawę o związkach zawodowych nie gwarantuje nam wynagrodzenia na tym samym poziomie. W ten sposób obniżył mi wynagrodzenie o dwie grupy zaszeregowania z zastępcy komendanta powiatowego do naczelnika  wydziału (niżej już nie mógł, bo to stanowisko zajmowałem wcześniej), co daje  mi dokładnie 810 złotych w plecy.
W skali kraju to jest ewenement. To jest także uderzenie w związek jako taki. Nikt nigdy w  żadnym związku nie zrobił czegoś podobnego. Pan komendant skomentował to w ten sposób: „Ktoś musi być pierwszy i przetrzeć szlaki”.  Stało się jasne, że celem jest osłabienie związków, by nie komplikowały życia władzy. Przekaz do wszystkich ogniw związkowych jest taki, że skoro jednego przewodniczącego dało się skaleczyć, to wszyscy inni też niech mają się na baczności.

W lutym 2017  roku  przyjechał do nas zastępca komendanta głównego, nadinspektor Jan Lach  na odprawę roczną. I ja się wtedy ośmieliłem zapytać w obecności całego kierownictwa  województwa:  „Panie komendancie, ja, apolityczny policjant pytam mojego apolitycznego komendanta głównego, kiedy się skończy w policji dożynanie koni? Jakie są merytoryczne i prawne podstawy wyrzucania ze stanowisk kierowniczych doświadczonych ludzi, którzy są tam z mianowania? Bo takich ludzi można zdjąć ze stanowiska tylko w wyniku nałożenia kary dyscyplinarnej, bądź na ich własną prośbę”.

Jak się okazuje, rozmowy z policjantami brzmiały mniej więcej tak: „Jeśli  pan odejdzie na wcześniejszą emeryturę do dostanie pan 300 zł więcej. Ale oferta ważna jest tylko dzisiaj. Jutro  już jej nie będzie. Ale za to może być jakaś kontrola… Wie pan, zawsze się coś na każdego znajdzie”.

Komendant ostatecznie się na mnie obraził i zasugerował, że z pewnością jako przewodniczący wojewódzkich struktur związkowych jestem przez kogoś inspirowany. Nie wiem, przez kogo – PO, SLD czy kogo tam miał na myśli. Albo, że mi może Soros płaci. Na koniec komendant zapewnił, że policja jest apolityczna i to był koniec odprawy. Ludzi, którzy zadają trudne pytania w obronie policjantów trzeba deprecjonować, poniżyć, trzeba ich zmusić do tego, żeby byli posłuszni, a jak się nie da, to ich ukarać i zrobić wszystko żeby się ich pozbyć.  W ten sposób będzie się mieć pewność, że następni się nie ośmielą. Czy na pewno ?… Na przestrzeni lat mojej służby połamano na mnie krzesło, atakowano siekierą, pogryzł mnie pies i strzelano do mnie z broni automatycznej. Trudno przypuszczać, że można mnie złamać pohukiwaniem czy robieniem groźnej miny. A nie jestem jedyny – w policji ludzi z podobnymi doświadczeniami i determinacją, aby bronić formację przed chaosem jest wielu.

Związkowy pluralizm

Dorota Ceran:  Skąd się wziął pomysł pana Błaszczaka i pana Zielińskiego na pluralizm związkowy w policji?

Krzysztof Balcer: Według policjantów z potrzeby wprowadzenia drugiego związku inspirowanego i kierowanego przez ministra. Mechanizm jest bardzo prosty – jeżeli w miejscu pracy są minimum dwa związki i one w jakiejś konfliktowej sytuacji  nie mogą się dogadać między sobą i  nie wypracują wspólnego stanowiska,  to pracodawca nie musi się liczyć z żadnym ze zdań tych związków. Na to pozwala ustawa o związkach zawodowych. Ale brzmi dobrze: „Nam chodzi o pluralizm, o wolność wyboru”. Brzmi świetnie.

Dorota Ceran: Czy jest w ministerstwie chęć współpracy z obecnie działającym związkiem?

Pretorianie, Kulson, ZOMO, czy…?
Fot. MBK

Krzysztof Balcer: Ja u członków rządu widzę zdziwienie i złość, a tak naprawdę – wściekłość, że ośmielają się im stawiać ludzie, którzy według nich powinni być ich pachołkami. Powinni być na rozkaz. Bo oni tak traktują policję. Pamiętam doskonale lata 2005–2007, też dokładnie tak było. Prokuratury były ubezwłasnowolnione albo nadgorliwe („Nikt nie dał nam wtedy tyle, ile dał nam PiS” – powiadają) i wykonywały na pstryknięcie to, co im Ziobro kazał. Ja to doskonale pamiętam. U nas wtedy utrącono karierę Pani komendant Aldony Kostrzewy, opierając się na budowanych na siłę, demagogicznych zarzutach. A już była prawie komendantem głównym. „Baba z jajami” – tak się o niej mówiło w środowisku. I ona była właśnie ofiarą takich zachowań Ziobry. Nam kazano robić rzeczy, na które my się nie chcieliśmy godzić – jakieś pilnowanie  kogoś,  zbieranie materiałów, które im pomogą w politycznych rozgrywkach… A policjant ma rozkaz i musi to robić. Oczywiście – można rozkaz wykonać na sto sposobów: normalnie i  można  z nadmierną gorliwością. Na zasadzie, zrobię dla was wszystko, a wy mnie awansujcie. Albo chociaż mnie nie wyrzucajcie. Najważniejsze – być lojalnym, a kompetencje…. cóż….   Dziś właśnie o to chodzi – dzisiaj podejmującym decyzje w państwie chodzi o ludzi, którzy w policji będą wykonywali polecenia z nadmierną gorliwością, będą odgadywali w lot niewypowiedziane sugestie i wypełniali pomysły decydentów bez potrzeby artykułowania ich na piśmie. To wygodne, bo pomysł obsypania ministra konfetti lub zrobienie z policjantów skrzydlatych aniołów można zrzucić na nadgorliwego komendanta czy naczelnika. Wygodnie jest postawić na ludzi, których główną i podstawową cechą jest bezkrytyczna lojalność. Tacy nie myślą samodzielnie, nie stawiają trudnych pytań, wykonują bez szemrania i tego samego oczekują od podwładnych. Niektórzy z nich posiadają potrzebne do dowodzenia kompetencje i doświadczenie, ale to bez znaczenia, bo na końcu i tak zawsze zwycięży lojalność. Nie chcę przez to powiedzieć, że lojalność jest czymś złym. To ważna i potrzebna cecha, zwłaszcza w formacji zhierarchizowanej i uzbrojonej. Chodzi jedynie o to, że lojalność wobec Narodu i ustanowionego Konstytucją porządku prawnego powinna stać przed lojalnością wobec konkretnych polityków (nawet jeśli czasowo pełnią rolę organów konstytucyjnych), bo to wynika z roty naszego ślubowania. I naprawdę jest mi wszystko jedno, z jakiej pochodzą formacji.

Dorota Ceran: Czy to oznacza, że policja czuje się traktowana instrumentalnie?

Krzysztof Balcer: Tak. A takie instrumentalne traktowanie policji jako formacji i samych policjantów nie wyjdzie politykom na dobre, bo nie jest dobre dla społeczeństwa. Ale myślę, że przyjdzie czas, kiedy to zrozumieją. Tylko do nich to jeszcze nie dotarło. Są zdziwieni i wkurzeni tym, że my w ogóle zabieramy głos. Jeżeli Andrzej Szary mówi o agresji wobec policji, przytacza konkretne liczby takich sytuacji, a  minister Błaszczak zwracając się do przewodniczącego zarządu głównego związku mówi, że „pan w ogóle nie powinien się odzywać, nie ma pan moralnego prawa”, i „nie odzywajcie się, bo wy bronicie Ubeków jako związek”, to jak to brzmi w ustach ministra do przewodniczącego związku na poziomie kraju?

Dezubekizacja

Dorota Ceran: Czy według Pana społeczeństwo ufa policji?

Krzysztof Balcer: Policji ufa. Milicja nie miała zaufania społecznego. Tymczasem 70% ludzi w Polsce ufa policji. Skądś się to wzięło, z czegoś wynika. Ludzie, którzy mieli w swojej karierze realną, szkodliwą dla społeczeństwa pracę na rzecz UB czy SB już dawno odeszli z szeregów policji. Po pierwsze w wyniku lustracji, po drugie – z racji wieku. Najmłodsi Ubecy mieliby dzisiaj przynajmniej 80 lat, zważywszy, że UB nie funkcjonuje od 1956 roku, więc obdarzanie dzisiaj kogokolwiek epitetem „ubek” jest, delikatnie mówiąc, niemądre. Za to ludzka krzywda jest jak najbardziej realna, bolesna, niejednokrotnie tragiczna w skutkach.

Dorota Ceran: Niższa emerytura to jeszcze nie tragedia.

Krzysztof Balcer: Ja nie mówię o mniejszych emeryturach. Jest dziesięć odnotowanych przypadków śmierci z powodu wdrożenia ustawy dezubekizacynej.  Z czego sześć to samobójstwa.  O wielu przypadkach pewnie nie wiemy. Na naszym terenie, w Radomsku była dziewczyna, która pracowała jako sekretarka. Przez dwa miesiące jej etat był podwieszony formalnie pod SB, bo w milicji nie było wolnego etatu. W jednym z ostatnich tygodni dostała decyzję, że podlega ustawie represyjnej. Zadzwoniła do jednego z naszych kolegów z pytaniem, co ma zrobić. Dostała namiary na naszych prawników, tych z którymi współpracujemy. Dzwonimy do niej – niestety zmarła. Serce nie wytrzymało. Nie możemy niczego udowodnić, ale przypuszczamy, jesteśmy pewni, że z tego powodu. Ale mamy tez przypadki w stu procentach udokumentowane.

Dorota Ceran: A jak do problemu dezubekizacji podchodzi młode pokolenie policjantów? Pokolenie tych, których to osobiście nie dotyczy?

Krzysztof Balcer: Miałem spotkanie z grupą młodych policjantów z naszego województwa.  Wiosną, gdy zaczęło się bardzo dużo i głośno mówić o dezubekizacji. Młodzi na to, że to taki odgrzewany problem. „To nas nie dotyczy. My jesteśmy innym pokoleniem. Być może to nawet słuszne, a dla nas korzystne, bo zrobicie nam miejsce”. I wtedy zadałem im pytanie: „Ilu z was jest dziećmi milicjantów? Tych, którzy będą zwolnieni jutro albo zostali zwolnieni przedwczoraj?” Okazało się, że prawie połowa. Bo w naszych szeregach jest sporo dzieci milicjantów, policjantów… Zapytałem: „Czy wy myślicie, że obecnie rządzący krajem nie będą o tym wiedzieć, nie będą pamiętać, że zrobili waszym rodzicom krzywdę i tak łatwo i chętnie będą z was robić kierowników, komendantów za te cztery, pięć lat? A może raczej będzie im wygodniej, żeby się was pozbyć? Żeby całkiem szeregi oczyścić, skoro to idzie w takim zupełnie absurdalnym kierunku”. Dotarło w sekundy. Zmienili pogląd. I to daje nadzieję.

Nie stoi za nami państwo

Pretorianie, Kulson, ZOMO, czy…?
Fot. Katarzyna Pierzchała

Dorota Ceran: Społeczeństwo widzi liczące tysiące ludzi oddziały prewencji zabezpieczające marsze KODu, miesięcznice smoleńskie, ale także wiece ONR-owskie. Jak ma się w tym odnaleźć policjant?

Krzysztof Balcer: Kiedy obstawiamy kibolskie, czy ONR-owskie zadymy, policja ma związane ręce. A to jest taki zawód, że tu się wykonuje rozkazy. Jednostki prewencji, które jadą zabezpieczać imprezy mają mniejszą swobodę niż dzielnicowi czy wydziały patrolowe, lub policjanci w kryminalnej. Tam jest czysto wojskowa struktura i system kierowania działaniami.  Bo inaczej się nie da. Przy działaniach zbiorowych jest rozkaz i wykonanie. W przeciwnym razie tłum przejdzie po nas. Każą mi tu stać to stoję, podobnie jak pięćdziesięciu innych. I wszystko jest w porządku, kiedy nic się nie dzieje na linii oni – my. Ale niestety, często się dzieje.
I wtedy włączają się takie mechanizmy, które sprawiają, że polityka, światopogląd przestaje odgrywać jakąkolwiek rolę. Mnie jest wszystko jedno, czy na mnie pluje ktoś z ONR-u  czy z KODu. Jeżeli mnie atakuje, to ja odpowiadam atakiem.

Dorota Ceran: Jest jednak wyczuwalna pewna rezerwa policji w stosunku do ONR-u…

Krzysztof Balcer: Funkcjonuje niepisany, niewygłoszony rozkaz, żeby być łagodnym wobec ONR i środowisk kibolskich. I to jest najgorsze, że nikt tego policji wprost nie mówi. Tu się tylko stwarza taką atmosferę. I wtedy w ludziach powstaje niepewność. Oni nie wiedzą, jak mają się zachować. A z takiej niepewności wynikają, albo będą wynikać niepewne działania. Tłum natychmiast wyczuwa tę niepewność. Policjantom w takiej atmosferze źle się pracuje. Bo nie czują, że stoi za nimi państwo.

Dorota Ceran: To nie wróży najlepiej… Tylko komu – policji, społeczeństwu, władzy?

Krzysztof Balcer: Rządzący będą z nami walczyć do bólu, bo im się wydaje, że nas złamią. Ale to im się tylko wydaje. Nie złamią. Nie złamią…
Większość policjantów naprawdę chce być jak najdalej od polityki. I politycy nie będą włazić z butami w naszą robotę. My, oczywiście, przyjmujemy od rządzących wszystkie  sugestie, wytyczanie strategii, kierunków, cywilny nadzór nad prawidłowością rozwiązań  i struktur, ale w sensie ogólnym. Natomiast oni – poloniści i historycy zaczynają nam układać robotę taktycznie i personalnie do samego dna – do najprostszych czynności służbowych. Kiedyś, kiedy pracowałem jako detektyw, przyjeżdżałem do pokrzywdzonego, a on zaczynał mnie pouczać, co ja mam robić i jak pracować, pytałem: Czym pan się zajmuje zawodowo? Okazywało się, że jest jakimś inżynierem i prowadzi linię produkcyjną. „W życiu nie ośmieliłbym się pouczać pana, jak pan ma to robić”. Najczęściej trafiałem na ludzi inteligentnych i nie musiałem kończyć. A tu teraz jest tak, że decyzje podejmują nie specjaliści tylko ludzie lojalni.

Co będzie dalej? Nie wierzę, aby społeczeństwo w swej mądrości pozwoliło rozmontować do końca formację, która ma stać na straży jego bezpieczeństwa. Samej formacji oraz służącym w niej ludziom rzucono pod nogi sporo kłód. Wielu krzywd wyrządzonych konkretnym policjantom już nie da się cofnąć, ale wiarę, że dążenie do doskonałości w służbie społeczeństwu i pełny profesjonalizm, to jedyna doga do wypełnienia  misji bycia policjantem – da się uratować. Chodzi o to, abyśmy nie musieli czekać na przywracanie tej wiary zbyt długo.

Artykuł zamieszczamy dzięki uprzejmości strony kod-lodzkie.pl.

UDOSTĘPNIJ