Dzień z życia ucznia…

Okiem rodzica popatrzymy na ciężką harówkę dwunastolatki po reformie edukacji, która ma 37 godzin tygodniowo, podczas gdy jej rówieśnicy z drugich klas gimnazjum 32-35. Ofiara Zalewskiej ma głos.

Pobudka 6.30, a wyjście do szkoły o 7.10.

– Dobra, zakładam tę cegłę i idę – mówi córka, lat 12.

Nie wiem, co odpowiedzieć na takie określenie plecaka. Wieczorne ważenie dało super wynik – 6 kilo. Mówię więc głupio:

– Co ty, dziecko, tam napchałaś?

Chociaż wiem, że są tam tylko książki i zeszyty. Proszenie nauczycieli, żeby dzieci mogły dzielić się z kolegami i koleżankami książkami, spełzło na niczym. Więcej – brak książki oznacza nieprzygotowanie do lekcji, trzecie i następne oznacza jedynki. Nie mogę pojąć, jak za brak podręcznika można stawiać jedynki. „Po piętnastej jedynce nauczy się” – usłyszałam i nie wiem, czy to był żart. Coraz mniej rzeczy mnie śmieszy.

– Chciałam wysiąść z autobusu wcześniej, żeby się przejść dla zdrowia, ale z tym ciężarem chyba nie dam rady – mówi.

Powrót ze szkoły o 16.00, po ośmiu lekcjach. Na ostatnich dwóch oczywiście biologia i chemia, po dwóch godzinach wychowania fizycznego.

Szybki obiad, lekcje bieżące, wyjazd na zajęcia pozalekcyjne, nie zabronię przecież dziecku rozwijania zainteresowań. Lubi śpiewać, chodzi na chór, uczy się grać na gitarze. A może po prostu chce choć na chwilę wyrwać się z tego kieratu?

Godzina 19.00 – nauka do klasówek, kartkówek, czytanie lektury, nauka słówek – dzień w dzień do 22.00, czasem dłużej, gdy nie ma zajęć pozalekcyjnych naukę oczywiście zaczyna wcześniej, już po 16.00.

Kartkówka klasówkę pogania

W tygodniu trzy klasówki, kilka kartkówek, w listopadzie klasówek dziesięć. Kartkówek mogą mieć nawet 35. „Do bólu” – usłyszałam i nie wiem, czy to miał być żart, bo coraz mniej rzeczy mnie śmieszy.

Dziś czwartek – dziecko jest tak zmęczone, że zapomina rzeczy, których się już nauczyło. Część rzeczy odpuszczamy, np. historię, która w 7. klasie jest niemożliwa do ogarnięcia. Po 3 latach hasłowego uczenia się historii, przy niezrealizowanych całych rozdziałach (a to z powodu choroby nauczyciela, a to z powodu akademii, wycieczki itd.) w klasach 4-6, pani minister zaserwowała nauczanie tego przedmiotu od Kongresu Wiedeńskiego. Dzieci realizują treści, których uczą się gimnazjaliści z trzecich klas. Tyle, że oni realizują je na 2-3 lekcjach, a siódmoklasiści na jednej. Gimnazjaliści mieli czas, żeby omówić genezę kongresu, dowiedzieć się czegoś na temat Napoleona, siódmoklasiści – nie. Wszystkie te zagadnienia wrzucono w jeden temat i nauczyciel tak to realizuje.

Ponieważ dzieci uczą się w jednej szkole, zaczęły to dostrzegać i buntować się.

– Czemu my tak mamy, że nasze tematy mają 8 stron, a ich 4 strony? Czemu my mamy więcej lektur? Czemu my mamy więcej lekcji? Czemu ta reforma wszystko pogorszyła? – pyta dziecko.

Jeśli ktoś wcześniej narzekał, że nauka w szkole jest pamięciowa i opiera się tylko na testach, to dopiero teraz widzi z całą jasnością, co to właściwie oznacza. A jeżeli ktoś miał w domu gimnazjalistę, a teraz siódmoklasistę to widzi różnicę jak na dłoni. Biologii, geografii nie da się inaczej opanować jak tylko na pamięć – dzieci uczą się rzeczy, o których nie mają zielonego pojęcia, nie znają podstaw, bo podstawa programowa zakłada, że te przedmioty były realizowane od… 5. klasy.

Dziś złożyłyśmy skargę dotyczącą kumulacji roczników w 2019 roku do Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara."W…

Posted by Rodzice przeciwko reformie edukacji on Tuesday, December 5, 2017

Czemu to ma służyć?

Każdy nauczyciel uczy swojego przedmiotu, jest jak oddzielna wyspa, pędzi z tematami, a ja zastanawiam się PO CO? Czy nagromadzenie klasówek sprawi, że dzieci będą więcej i lepiej umiały? Dzieci po klasówce zapominają, ich mózgi mają ograniczoną pojemność.

Czy my dorośli wiemy wszystko ze wszystkich dziedzin? Czy po każdym dziale musi być klasówka, czy na co trzeciej lekcji musi być kartkówka? Czy nie ma sposobu innego sprawdzenia wiedzy, czy potrzeba  wszystko oceniać?

Kto z nas potrafi wymienić rzeźby polodowcowe w Polsce i rozpoznać je na mapce, ery i okresy w dziejach ziemi, nazwy wszystkich kości? Który dorosły potrafi wymienić nazwiska przedstawicieli państw biorących udział w Kongresie Wiedeńskim? My za to wiemy, czym grozi topnienie lodowców – dzieci już niekoniecznie.

Dzieci wyuczą się na pamięć szczegółów, ale nie będą umiały podstawowych rzeczy, na geografii nie dowiedzą się na przykład niczego o świecie, a na biologii niczego o organizmach, które żyją wokół nas. Dzieci będą zdawały egzaminy z trzech przedmiotów i na tych przedmiotach należałoby się skupić.  Z pozostałych przedmiotów może lepiej zrobić mniej, ale porządnie, może warto zacząć od podstaw. Może warto na biologii wyhodować pantofelka, dać dzieciom mikroskopy, niech obserwują.

Może na geografii zamiast od razu przejść do rzeźb polodowcowych jak nakazuje podstawa, najpierw zrobić lekcję o lodowcach, opowiedzieć, jak powstają, czemu są tak ważne…

Kiedy nauczyciele zrozumieją, że SKUTECZNA realizacja nowych podstaw jest NIEMOŻLIWA i że nikt ich nie rozliczy (poza przedmiotami egzaminacyjnymi) z ich realizacji? Czy staną się bardziej empatyczni? Czy dostrzegą w dziecku odrobinę człowieka?

Szkoda dzieciaków

Patrzę na moje dziecko i widzę, jak gaśnie.

Weekendy od września praktycznie nie istnieją. Po likwidacji gimnazjów plastycznych i 6-letnich OSSP dziecko zostało zapisane na zajęcia plastyczne, aby przygotować się do egzaminu do Liceum Plastycznego i mieć większe szanse z gimnazjalistami, którzy chodzą do klas plastycznych i wszystkie zajęcia mają w ramach szkoły, za darmo. Niektórzy z nich będą po 3-letnim kształceniu plastycznym, niektórzy po 6-letnim. I nie ma znaczenia, że te roczniki będą chodziły do różnych klas – egzamin będzie TAKI SAM. A jeśli plastyk nie zbierze odpowiedniej liczby utalentowanych dzieci, po prostu nie otworzy klas dla tych dzieci albo otworzy jedną.

Trzeba odpuścić, powtarzam sobie, ale obie z córką wiemy, że mimo wszystko oceny i średnia będą punktowane w rekrutacji.  A jeśli zaniedba naukę w 7. klasie, w 8. przepadnie z kretesem.

I w takich momentach przypominam sobie starszą córkę, która w gimnazjum miała czas i na naukę, i na spotkania z koleżankami, na pójście do kina, na czytanie książek. Mieliśmy czas, żeby w weekendy wyjechać do rodziny. A zdolności obu córek są porównywalne i nauki mimo wszystko też było dużo.

I do liceum dostała się bez problemu, na spokojnie, teraz kończy studia licencjackie, pracuje. I nigdy w naszym życiu nie było takiej nerwówki i takiego obrzydzenia szkołą, jak teraz.

Starsza córka mile wspomina swoje gimnazjum, ma miłe wspomnienia o nauczycielach, do szkoły chodziła chętnie, a żeby było tragiczniej- była to TA SAMA SZKOŁA i w większości CI SAMI NAUCZYCIELE.

Co więc się zmieniło? Co się stało z naszą szkołą?

AG, mama 7-klasistki i nauczycielka

Polub nas na Facebooku