Służba zdrowia księcia Radziwiłła

Protest lekarzy - Warszawa
polecamy

W służbie zdrowia źle się dzieje, ale minister Radziwiłł jest nieustająco zadowolony z sytuacji i nie widzi problemu. Jak bardzo chore są jego koncepcje?

Minister jest zadowolony z siebie i swoich dokonań. Nie widzi problemu w służbie zdrowia, uparcie utrzymuje, że wypowiadanie przez lekarzy umów opt-out nie ma większego wpływu na funkcjonowanie szpitali, a cała akcja wypowiadania umów jest aktem buntu i wrogości przeciw władzy PiS. Tak więc postplatformerskie warchoły warcholą, zdradzieckie mordy zdradzają, świnie kwiczą odrywane od koryta, a biedny minister robi, co może, choć rzucają mu kłody pod nogi.

Co do jednego nie mam wątpliwości – na pewno robi, co może. A ściślej mówiąc – robi, co może, żeby maksymalnie rozszerzyć działalność lekarzy rodzinnych. Wzorem dla Radziwiłła jest Wielka Brytania, gdzie tzw. GP (General Practitioner), czyli właśnie lekarz rodzinny, zajmuje się wszystkim – od prowadzenia ciąży do małych zabiegów chirurgicznych. W skrajnych przypadkach kieruje do specjalistów w szpitalu, ale nie dzieje się to ani zbyt często, ani też dostęp do szpitala nie jest natychmiastowy. Zresztą większość z nas ma znajomych, którzy wyjechali do Wielkiej Brytanii, więc łatwo sprawdzić, jak wygląda tam podstawowa opieka lekarska. Ogólnie mówiąc – szału nie ma.

Dlaczego zatem ministrowi zależy na wprowadzeniu niezbyt sprawnego systemu? Otóż po prostu dlatego, że od lat jest związany z przychodniami rodzinnymi, także biznesowo. Jeśli zatem lekarze rodzinni zaczną leczyć wszystko, jak chce minister, może nieszczególnie posłuży to pacjentom, ale za to pieniądze popłyną do gabinetów podstawowej opieki szerokim strumieniem. Jest o co powalczyć.

Lekarzu, lecz się sam!

Radziwiłł w ogóle uważa, że w polskiej ochronie zdrowia nie dzieje się nic niepokojącego. Kolejki rozładują lekarze rodzinni. Zadłużone szpitale, szczególnie powiatowe, zostaną zlikwidowane. Minister nie jest bowiem zwolennikiem małych szpitali. Kocha za to wielkie wielospecjalistyczne placówki znajdujące się głównie w miastach wojewódzkich i tam właśnie chciałby pokierować strumień pieniędzy. Docelowy efekt ma wyglądać mniej więcej tak: opieka podstawowa sprawowana przez lekarzy rodzinnych, którzy robią prawie wszystko, a jeśli już naprawdę nie mogą, to kierują chorego do szpitala. Ale nie powiatowego, bo tych już nie ma.

W tej chwili szpitale powiatowe walczą o przetrwanie. Kontrakty, jakie dostały, są różnej wysokości, często zależnej nie od wielkości obsługiwanego przez szpital regionu, ale układów szefa szpitala w NFZ. Jeśli bowiem dyrektorem szpitala jest były wyższy urzędnik NFZ, to jest oczywiste, że potrafi zadbać o interes własnej placówki. Ci, którzy takich znajomości nie mają, muszą się zastanawiać na przykład nad tym, czy zamknąć oddział – jeden lub kilka – czy po prostu ogłosić upadłość. I żeby była jasność – szpitale powiatowe nie są konieczne dla lekarzy. Ci bez szczególnego problemu znajdą sobie pracę w mieście. Te małe szpitale są konieczne dla lokalnych społeczności. Przede wszystkim dlatego, że znaczna część mieszkańców wsi i miasteczek po prostu nie pojedzie do Warszawy, Gdańska czy Krakowa szukać pomocy. Za daleko, za drogo, nie można gospodarstwa zostawić. Co innego szpital lokalny, do którego zgłoszenie nie wymaga skomplikowanych zabiegów, a i tak wymaga długiego przekonywania pacjenta. Stan zdrowia mieszkańców tzw. prowincji jest znacznie gorszy niż ma to miejsce w miastach. A będzie jeszcze gorszy, jeśli zostaną im tylko lekarze rodzinni.

Operacja się nie uda, a pacjent…

Co więcej, w wielkich szpitalach brakuje pracowników – zarówno lekarzy, jak i pielęgniarek. Do tej pory dziury w zatrudnieniu łatało się rezydentami, ale ci mają już dość. I opowieści ministra o tym, że młody lekarz musi pracować dłużej niż 48 godzin tygodniowo, żeby zdobywać doświadczenie, tego nie zmienią. Organizm ludzki ma ograniczone możliwości. Wyczerpany fizycznie po prostu odmawia współpracy. Czy jest czymś dziwnym, że młodzi lekarze chcą oprócz życia zawodowego mieć jeszcze jakieś własne? Sklepy mają być zamknięte w niedziele, żeby pracownicy mieli czas dla rodzin. Lekarzy to nie dotyczy? A tymczasem na zachodzie Europy czekają nich z otwartymi rękami. Oferują możliwości kształcenia, godziwe zarobki, normalne życie. Nie usiłują z nich zrobić w oczach opinii publicznej chciwych i niekompetentnych krwiopijców, co od dłuższego czasu robią środowiska związane z partią rządzącą. Jednak PiS nie widzi problemu, czego wyrazem są słowa pani poseł Józefy Hrynkiewicz „Niech jadą”. Szczerze mówiąc, trudno skomentować taką bezmyślność. „Niech jadą” i co dalej? Polityków to nie zaboli, bo mają lecznice rządowe? Zmieniając słowa Urbana, które wypowiedział jako rzecznik PRL-owskiego rządu – rząd się wyleczy?

Kolejne spotkanie z rezydentami nie przyniosło efektów. Jak twierdzą młodzi lekarze, ministrowie Radziwiłł i Suski przyszli na nie kompletnie nieprzygotowani. Głupota czy bezczelność?

Polska służba od lat wymaga gruntownych reform. Wiele lat temu pojawiła się taka możliwość – wprowadzono Kasy Chorych, które zaczynały sprawnie działać, ale rząd SLD to przerwał, wprowadzając NFZ. Od tej pory systematycznie sytuacja się pogarsza, rosną kolejki do specjalistów i długi szpitali. Oczywiście, trzeba to zmienić, ale na pewno nie tak, jak wyobraża to sobie minister. Za jego pomysły (albo raczej ich brak) zapłacimy wszyscy. Może zresztą o to chodzi? Jeśli chorzy poumierają z jakichkolwiek przyczyn, to problem sam się rozwiąże, i to praktycznie bezkosztowo. Za czasów PRL powtarzano prześmiewcze hasło „emeryci, popierajcie partię czynem, umierajcie przed terminem”. Skoro Polska PiS-u coraz bardziej przypomina PRL, to może i to hasło należy przypomnieć?

anpuz

Polub nas na Facebooku