Plac i inne małe Zwycięstwa

Kalendarz

W ostatnich dniach trzy miasta pozbyły się z placów i ulic Lecha Kaczyńskiego; w Łodzi, Warszawie i Bydgoszczy nie chcieli nowej nazwy. Nazwy nie były konsultowane z mieszkańcami, dlatego radni postanowili interweniować.

Wydawało się, że Polska nie dojrzała do samorządności, do troski o małe ojczyzny. Dopiero czasy „dobrej zmiany” dały bodziec, by obudzić lokalny patriotyzm. Nagle okazało się, wbrew kalkulacjom wszystkich, z partią rządzącą na czele, że identyfikacja ze swoim regionem, miastem, wsią jest silna. Przyczyniła się do tego także satysfakcja, jaką dają wygrane bitwy na polu lokalnym, których efekty na dodatek widać od razu. Tak było z inicjatywami nadawania ulicom, placom i skwerom patronów „opozycyjnych” (Bartoszewski, Kuroń, Marthin Luther King i inni), następnie obroną atakowanych przez PiS samorządowców (Żuk, Zdanowska itd.), sprzeciwowi wobec ustawy metropolitalnej, konsolidacji samorządów do walki przerzucaniem na nie kosztów związanych z reformą edukacji. Wreszcie przyszedł czas na kolejną bitwę, jaką jest dekomunizacja.

Łódź to miasto, które od początku stawało „dobrej zmianie” okoniem. Mieszkańcy stanęli „Murem za Hanką”, odbili Joannie Kopcińskiej symboliczne otwarcie dworca Łódź Fabryczna, zorganizowali własne obchody 11 listopada. Pod siedzibą Prawa i Sprawiedliwości na Piotrkowskiej 143, zwanej żartobliwie „podPiSiem” („Gdzie to wydarzenie?” „Jak zawsze, na podPiSiu”) regularnie demonstrują rozmaite formalne i nieformalne ugrupowania. Stosunki łodzian z partią rządzącą pogorszyły się znacząco także po wycofaniu się rządu z kontraktu w sprawie Caracali, upadku idei centrum przeładunkowego, a także porażki kandydatury na Expo 2022, do której w opinii mieszkańców walnie przyczyniła się fatalna reputacja Polski na arenie międzynarodowej. Wielu samorządowców nie kryje zresztą swojego poparcia dla ruchów opozycyjnych, pojawia się na demonstracjach i je wspiera. W 2016 roku łódzka Rada Miejska dała znakomity przykład przyjmując uchwałę o uznawaniu niepublikowanych przez rząd wyroków Trybunału Konstytucyjnego. Nic dziwnego zatem, że decyzję wojewody o dekomunizacji placu Zwycięstwa łodzianie odebrali jako zwykłą złośliwość, ponieważ nikt do końca nie rozumiał, dlaczego zwycięstwo jako takie miałoby być komunistyczne. Prawo i Sprawiedliwość uzasadniały decyzję tym, że w zamyśle oryginalnym chodziło o zwycięstwo nad faszyzmem. Faktem jest, że w Łodzi nie było zbyt dużego pola dla dekomunizacji, a widocznie zależało komuś na przemianowanie miejsca w centrum miasta na imienia Lecha Kaczyńskiego.

Ikona na tabliczki

Łódzcy radni zapowiedzieli zaskarżenie decyzji wojewody (która miała wejść w życie 1 stycznia 2018) do sądu. Główną osią argumentacji było to, że IPN nie domagał się zmiany tej nazwy, ponieważ jeszcze w 2015 roku uznano, że zwycięstwo nad faszyzmem nie budzi zastrzeżeń. W opinii radnych wojewoda Rau przekroczył swoje uprawnienia. Podczas emocjonalnej dyskusji radni PiS nazwali sprzeciwy wobec zmiany „płaczem czerwonej Łodzi” i tłumaczyli, że nazwa placu Zwycięstwa została nadana… za władzy komunistycznej. Tak samo jak większość toponimów w Łodzi, Warszawie i setkach innych miast… – Przez wasze zacietrzewienie i nienawiść polityczną atakujecie ikonę, jaką był Lech Kaczyński dla PiS – grzmiał radny Bulak.

Zdjęcie użytkownika Małgorzata Czarna.
Łódzcy radni 5 stycznia przegłosowali – zostanie Plac Zwycięstwa, ale uchwała trafi teraz do… wojewody, tego samego, który wcześniej zmienił nazwę placu. Ma on 14 dni na zatwierdzenie ich decyzji. Fot. KOD Łódzkie

Jedna nazwa, dwa różne zwycięstwa

Polub Skwer na facebooku

Problem został rozwiązany w sposób iście salomonowy. Radni zaproponowali, by przegłosować zmianę placu Lecha Kaczyńskiego na… plac Zwycięstwa. Tym razem w uzasadnieniu pojawiło się zwycięstwo w wojnie bolszewickiej w 1920 roku. I ten wniosek został przegłosowany, a sprzeciwy tym razem Prawa i Sprawiedliwości brzmiały naprawdę kuriozalnie. W tej całej batalii samorządowcy czuli wsparcie społeczeństwa, przede wszystkim ruchów społecznych i miejskich, podkreślających zarówno dodatkowe koszty i kłopoty związane ze zmianą nazwy placu, jak i wytykających oburzającą drogę wymuszania zmiany nazwy i absurdalne zastrzeżenia do zwycięstwa nad faszyzmem. Dla łódzkiego Komitetu Obrony Demokracji plac Zwycięstwa jest szczególnie bliski, ponieważ z tego właśnie miejsca często wyruszają autokary na demonstracje w Warszawie, Radomiu, Wrocławiu i innych miastach. Dlatego koderzy przybyli mocną ekipą, by wesprzeć moralnie radnych podczas sesji.

Relację KODu Łódzkiego z sesji Rady Miejskiej można przeczytać tutaj http://kod-lodzkie.pl/zwyciestwo-placu-zwyciestwa/

W Katowicach, Warszawie i Gdańsku bunt

Jednak Łódź to nie jedyny przykład. Katowiczanie stanęli tłumnie w proteście przeciwko zmianie nazwy placu Szewczyka – śląskiego pisarza – na Lecha i Marii Kaczyńskich. O utrzymanie nazwy uświetniającej katowickiego patrona apelowali artyści i dziennikarze. Na proteście obecna była córka Wilhelma Szewczyka, czytano jego teksty. Znów zmiana nazwy była sprawą nadgorliwości wojewody – na opinię dano samorządowcom trzy dni, co wykluczało konsultacje społeczne. Sprawa, podobnie jak w Łodzi, stanęła na ostrzu noża, bo PiS zagroził wyjściem z koalicji w radzie miasta. Także dla prezydenta Katowic jest jasne, że nikt nie uwzględnił woli mieszkańców. Podobnie jak w Łodzi, nikt nie wie, co proponowany patron ma wspólnego z miastem. Obcy, narzucony zewnętrznie patron jest postrzegany tak samo jak zmiany toponimów na rozkaz okupantów. Czy na pewno o to chodziło? Czy Lech Kaczyński zasługuje, by go znienawidzono w imię czyjejś kariery lub uporu? Podobno przedstawiciele łódzkiej opozycji ulicznej odgrażali się w kuluarach, że następnego ranka po zawiśnięciu tabliczki „Plac Lecha Kaczyńskiego” zostanie zastąpiona tablicą „Plac Zwycięstwa nad PiS”.

Gdańszczanie także nie odpuszczają – tym razem władze Gdańska złożyły skargę na zarządzenie zastępcze wojewody pomorskiego, Dariusza Drelicha z PiS, w sprawie nadania nowych nazw dla siedmiu ulic i wnoszą o wstrzymanie jego wykonania do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Chodzi m.in. o leżącą na Przymorzu ulicę Lecha Kaczyńskiego, która zastąpiła ul. Dąbrowszczaków. Paweł Adamowicz, prezydent Gdańska argumentował, że „ustawa dekomunizacyjna jest sprzeczna z konstytucją RP i zarządzenie wojewody pomorskiego jest sprzeczne także z konstytucją i ustawą o samorządzie terytorialnym”.

W stolicy również zamieszanie; w czwartek (11.01) Rada Miasta Warszawy także podjęła uchwałę zmieniającą nazwę. Ledwie dwa miesiące Warszawiacy mieli Aleję Lecha Kaczyńskiego. Teraz mają Trasę Łazienkowską (zwyczajowo tak mówi się o tej części ciągu komunikacyjnego). Teraz zgodę na kolejną zmianę musi wyrazić jeszcze IPN i ten sam wojewoda, który wcześnie zdekomunizował poprzednią nazwę (Armii Ludowej) i nadał imię byłego prezydenta. Wojewoda Zdzisław Sipera jest członkiem PiS, więc będzie ciekawie.

Polityka wkracza wszędzie

Jak zakończy się sprawa katowicka, na razie nie wiadomo. Jedno jest pewne: obywatelom nie jest wszystko jedno. Walczą o swoje. Zdają sobie sprawę z tego, że nazwy miejskie, pomniki czy tablice kształtują zbiorową pamięć i świadomość. Nie zgadzają się, aby im kształt tej świadomości narzucano wbrew ich woli. Wzrost zainteresowania sprawami lokalnymi, chęć ich obrony przed złymi decyzjami płynącymi z góry to niewątpliwie jasny punkt całej tej sytuacji. Pozostaje tylko pytanie – co dalej? Czy po odejściu PiS będzie warto znów zmieniać nazwy, adresy, dokumenty i tablice, sprawiając tym samym kłopot mieszkańcom? Ktoś na sesji rady miejskiej w Łodzi zwrócił także uwagę na fakt, że placowi więcej splendoru przydałby raczej remont chodników i poprawa jakości życia stojących przy nim kamienic, gdzie szwankuje kanalizacja, a nie nowa nazwa.

Katarzyna Knapik