Ciuciubabka z alkoholem

Ciuciubabka z alkoholem
Fot. David Shankbone (Own work) [CC BY 3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/3.0)], via Wikimedia Commons
Kalendarz

Za sprawą krnąbrnych Krakusów, którzy znaleźli sposób ominięcia zakazów, nabywanie trunków zaczęło przypominać popularną dziecięcą zabawę. Kartki na butelkach… ale nie takie, jak myślicie.

Sprawa wybuchła niczym petarda po wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego. Uznał on, że ekspozycja butelek z alkoholem i etykiet w widocznym miejscu jest niczym innym jak reklamowaniem napojów wyskokowych, a to u nas jest zabronione. Sąd zajął się tym jakże ważnym zagadnieniem po tym, kiedy pewien przedsiębiorca z Krakowa – mocno stawiający na sprzedaż czegoś mocniejszego – wszedł w konflikt z władzami. Powstał ciekawy precedens: alkohol można jeszcze sprzedawać, ale klienci nie mogą go widzieć. Pozostawiając na boku temat osób niepełnosprawnych (a dokładniej niewidomych, którym i tak jest w tym przypadku wszystko jedno), należy głośno zastanowić się, jak mamy teraz z tym żyć.

Proponuję, aby abstynenci nie ogłaszali jeszcze totalnego zwycięstwa, gdyż wyrok sądu – mimo swej powagi – zawiera mało szczegółów, a to daje przestrzeń do interpretacji. Naprawdę tęgie głowy myślą teraz, co oznacza w praktyce owe eksponowanie. Pewnie będzie chodzić o centymetry. Ustawienie regału w sklepie staje się obecnie rosyjską ruletką. A może zgasić po prostu światło albo sprzedawać alkohole w piwnicy? Pojawił się również pomysł na sprzedawanie alkoholu do opakowań przyniesionych przez klientów, coś na kształt stacji paliw: do pełna albo za pięć dyszek. Zakwalifikują się albo nie? Wszelkie chwyty dozwolone!

Czasu w zasadzie już nie mamy. Jeszcze przed końcem roku właściciele mniejszych i większych sklepów otrzymali przypomnienie o konieczności aranżacji witryn w ten sposób, aby nie reklamować wspomnianej wody ognistej. Cała zabawa oczywiście na ich koszt. Przyszedł nowy rok i skończyły się złote czasy butelek stojących gdzie popadnie. Organy ścigania zajęte ściganiem wszelkiej maści lewaków i innych indywiduów chyba nieco zaspały, ale – co się odwlecze, to nie uciecze.

Jak eksponować?

Polub Skwer na facebooku

Ciuciubabka z alkoholem
Fot. André Karwath aka Aka (Own work) [GFDL, CC-BY-SA-3.0], via Wikimedia Commons
Poważni przedsiębiorcy nie czekają z założonymi rękami na komisję inkwizycyjną, która ukarze ich za nieprzestrzeganie obowiązujące prawa. Wizerunek nie pozwala im na rozwiązania tymczasowe, więc aby spać spokojnie wzięli sprawy w swoje ręce. Trudno zadowolić wszystkich. Bardziej wybredni klienci mają obecnie nie lada wyzwanie, robiąc zakupy warszawskim Carrefourze i nie tylko tam. Nie mogą sobie pooglądać butelek ani etykiet, ponieważ zapobiegliwi sprzedawcy skrzętnie pozaklejali je białymi kartkami. Zmusza to wspomnianych klientów, aby zawierzyli obsłudze i zdali się na lakoniczne informacje zawarte na opisie i cenie produktu. Dodam, że w takiej sytuacji bardzo łatwo o pomyłkę i ktoś mało obeznany w realiach alkoholowych gotów jest kupić wino półwytrawne zamiast wytrawnego. Można pójść na całość i nabyć miast wina białego wino czerwone, a kolor ten jest dziś przecież na cenzurowanym. Zakupy to koszmar!

Klienci chcący kupić coś mocniejszego powinni przedsięwziąć odpowiednie kroki. Pomóżmy sprzedawcom przyciśniętym durnym prawem działać zgodnie z nim. Idąc do sklepu po butelkę, weźmy ze sobą białą kartkę, najlepiej formatu A4. Sprzedawca będzie wiedział od razu, po co przychodzimy. Wchodząc do sklepu opuśćmy wzrok, aby nie zobaczyć przerażających rzędów butelek bezwstydnie nas napastujących. Zdajmy się na ślepy traf i szybko weźmy z półki co trzeba, nieważne że możemy się pomylić co do gatunku i jakości, tu chodzi o priorytety. Później, nic nie mówiąc, natychmiast zapłaćmy i chowając trunek w dużym ciemnym worku, idźmy natychmiast do domu.

Z tym zaborem alkoholu na chybił trafił to plaga już się zaczęła. Pewien dość młody sprzedawca w sklepie z trunkami w stolicy, a dokładnie na ul. Grochowskiej, sfrustrowany swym zajęciem do cna, w jednej chwili porzucił pracę. Aby pracodawca nie musiał go szukać celem wypłaty wynagrodzenia, sam wypłacił sobie skromne dwa i pół tysiąca i – oczywiście, żeby to uczcić – wziął jeszcze butelczynę, lecz dość wyszukaną, ponieważ wartą kolejny tysiąc. Takie straszne konsekwencje może przynieść stres i napięcie związane z niepewnością o właściwe eksponowanie, a raczej zgodne z prawem ukrycie napojów wyskokowych. Organy ścigania spisały się i został zatrzymany. Niestety nasz nieszczęśnik wypił już alkohol z kolegami, a na domiar złego stracił wspomniane pieniądze. Chyba jest z tych, którzy nie piją byle czego.

Zbyszek Wolski