Miłość w czasach zarazy….

Matki, żony… i wolontariuszki porzuciły spokojne życie, bo demokracja jest w potrzebie. Kolejny odcinek – o uczuciach, na które zawsze jest miejsce i czas. I o parytecie, bo z tym bywało różnie…

Pomysł na cykl artykułów wziął się po lekturze książek Anny Herbich. Zarówno w „Dziewczynach z Solidarności”, „Dziewczynach z Powstania”, czy „Dziewczynach z Syberii” przywrócono pamięć o walecznych Polkach. Współczesne kobiety także działają i podobnie jak ich poprzedniczki – kochają i są kochane.

Od dwóch lat walec rozjeżdża nam ojczyznę, przeciwko czemu protestuje liczna grupa opozycji chodnikowej. Spotkaliśmy się pod koniec 2015 roku. Poznaliśmy się na marszach i na manifestacjach, na pikietach i piknikach. Staliśmy przed Trybunałem Konstytucyjnym, Sejmem, przed MEN, Pałacem Prezydenckim oraz przed KPRM. Dyżurowaliśmy w Namiocie stojącym obok Licznika (dziś zwanym Puczepą), ale też przed sądami, prokuraturami, komendami. Nawiązaliśmy fantastyczne znajomości. Wirtualne i jak najbardziej rzeczywiste. Poznaliśmy nieprawdopodobną liczbę ludzi, na ogół myślących podobnie jak my sami – nasze bratnie dusze.

Było parę romansów, szczególnie podczas dyżurów przy stołecznym Liczniku, bo wokół słowiki śpiewały, kwitły kasztany, pachniały lipy, ale kobiety są dyskretne. – Pielęgnujcie przypadkową życzliwość i piękne czyny pozbawione sensu – tak to, co przeżyła, określa Basia (na zdjęciu otwierającym), kiedyś koderka, teraz po prostu opozycjonistka. Zasłania się nieco słowami Mariusza Szczygła z książki „Zrób sobie raj”, ale wiem, że Basia stała dość długo „w rozkroku” między stolicą a Opolem, bo i tu, i tu, jest tyle do zrobienia, tyle akcji, wydarzeń, tylu znajomych, a nawet zakochanych znajomych… Mówi, że znalazła wrażliwych ludzi, którzy czują to co ona i to jest dla niej największym darem.

Miłość, ale i wielka przyjaźń – są wszędzie razem – w październiku 2017 towarzyszyli solidarnie Jurkowi Owsiakowi, gdy stawił się na rozprawie w sądzie w Słubicach.

Czasem jednak kończyło się poważniejszym związkiem. Monika Twarogal wyszła z domu w mroźny dzień 11 stycznia 2016 roku. W Gorzowie Wielkopolskim, podobnie jak i w kilkunastu miastach w całej Polsce, odbyła się wtedy manifestacja pod hasłem „W obronie wolności i słowa”, zorganizowana przez raczkujący jeszcze wówczas gorzowski KOD. – Mam dorosłe dzieci, wspaniałego partnera poznanego dzięki KOD – opowiada. – Wojtka Żebrowskiego poznałam na pierwszej gorzowskiej manifestacji KOD. Wtedy zaczęliśmy ze sobą dużo rozmawiać na czacie. Potem 24 września 2016 roku pojechaliśmy na demonstrację do Warszawy i od tego czasu jesteśmy nierozłączni. Wojtek jest moim pierwszym recenzentem, niestety mało obiektywnym, bo wszystko co wymyślę mu się podoba. Łączy nas cel, miłość, ale i wielka przyjaźń. Wspaniale współprowadzimy razem wszelkie demonstracje.

Niektórzy pasują do siebie jak dwie połówki jabłka. Chociaż może nie czas po temu, jednak dobierają się w pary. Była taka młodziutka dziewczyna i równie młody chłopak – poznali się przed KPRM. Chodzili na marsze, razem „knuli”, bywali na wykładach i koncertach, malowali transparenty, dyżurowali po nocach. Jak wspomina jedna z osób biorących dyżury przy Liczniku, bardzo często parą zakochanych „łatano dziury” w grafiku. – Dzwoniło się do niego albo do niej i zjawiali się na dyżurze oboje – dopowiada. – Dali nadzieję, że świat nie całkiem stanął na głowie, że są wokół nas sprawy doczesne, a nie tylko polityka i walka o demokrację.

Słyszano też o kilku rozstaniach i rozwodach. Trudno jest pogodzić życie rodzinne z aktywną pracą w opozycji chodnikowej. Szczególne jeśli zaangażowana jest żona, a mąż niekoniecznie podziela jej poglądy. Czasem jednak kobieta musiała ograniczyć swoje zaangażowanie. Tak było w regionie mazowieckim, gdy wycofała się jedna ze znaczących liderek – mąż nie wytrzymał aktywności kobiety. Są też pary, które różnią się poglądami, a jednak partnerzy ustalili, że o polityce nie rozmawia się w domu. Trudne to, ale nie niemożliwe.

Jeszcze inna sprawa to stosunek kobiet do kobiet… Tu Kasia Knapik, kiedyś koderka, z nutką goryczy mówi o plotkach i dziwnych sytuacjach. – O ile nie jest się naprawdę w wieku nad grobem, zawsze znajdą się analizatorzy słów, wpisów, zdjęć, gestów – podsumowuje. – Według niektórych „życzliwych” miałam romans co najmniej z połową KOD-u, co bardzo mi pochlebia, ale nie jest prawdą. Z drugiej strony, zdarzają się też zaloty i to czasem zupełnie „końskie”, które trzeba tak odtrącić, żeby nie popsuć relacji w grupie czy regionie.

A współpraca obu płci? – Były sytuacje zabawne, jak wtedy, gdy musiałam zwrócić uwagę kolegom z koordynacji (grupy roboczej przygotowującej akcje – przypisek redakcji), że pomimo płci mogą ze mną rozmawiać o zabezpieczeniu marszu – wspomina dalej Kaśka Knapik. – Zawsze też były dyskusje o płaceniu; rycerskość kolegów zderzała się z moim feminizmem i dumą z własnej niezależności finansowej. Z drugiej strony medalu, kobiecie łatwiej łagodzić konflikty pomiędzy mężczyznami, ponieważ nie postrzegają ustąpienia jej jako ujmy na honorze. Udało mi się kiedyś namówić dwóch wyjątkowo „czupurnych”, aby się przeprosili nawzajem, a poleciały już między nimi grubsze wyrazy.

Barbara – matka i babcia. Dla ich przyszłości staje tam, gdzie trzeba, nie na stanowisku w organizacjach, ale na pierwszej linii.

„Kobiety demokracji” nie są potulnymi myszkami i na dłuższą metę nie pozwolą sobie na żaden przejaw dyskryminacji. Jedna z działaczek opowiadała, jak to panowie-liderzy w regionie umawiali się między sobą poza jej wiedzą. Wystarczyła jedna awantura („aż wióry leciały” jak powiedziała mi dyskryminowana w ten sposób koderka) i od tej pory decyzje podejmowano w gronie „ich dwóch i ona jedna”. Przed wyborami w KOD – i w regionach, i ogólnopolskimi – szukano kobiet, które chciały kandydować. – Pracować – tak, ale mieć jakąś funkcję kierowniczą – niekoniecznie – mówi jedna z pań, której proponowano kandydowanie. – Za dużo mam obowiązków w domu, żeby siedzieć na zebraniach – przyznaje. – Wolę coś organizować niż tracić czas na „nasiadówki” czy „excele”. Co ciekawe; panom to nie przeszkadza – po prostu angażowali się i nie pytali nikogo o zgodę, a panie – decyzję o kandydowaniu konsultowały z partnerami, więc czasami nie kandydowały.

Elwira Śliwińska z KOD Podlasie wspomina, że z „łapanki” trafiła na stanowisko. – W Białymstoku zabrakło spoiwa i organizatora – „wzięłam” to, Zarząd Główny KOD zdecydował, że powinnam objąć funkcję koordynatora regionu podlaskiego – też w to „weszłam” – wylicza. – Ale nie kandydowałam na przewodniczącą regionu, gdy ogłoszono wybory. Moim zdaniem byłam już za stara, nie do końca akceptowana przez wszystkich, a poza tym dzieliłam czas między Warszawę a Białystok. Dałam się namówić na zarząd regionu i pełnienie funkcji skarbnika, co robię do dziś.

Nieliczne były grupy funkcyjne, którymi zarządzały kobiety, ale za to były one niezwykle sprawne. Jak wspomina Kasia Borzym (jeszcze wystąpi w naszym cyklu) w straży KOD w regionie Mazowsze w najlepszym okresie działało 230 osób. Większość, bo 70% to były kobiety. Właśnie ona dowodziła tą dużą grupą, w tym także facetami. Testosteron fruwał w powietrzu, ale panowie (również byli ochroniarze czy wojskowi) podporządkowywali się „szefowej”.

Dziewczyny opozycyjnej „Solidarności” chciały lepszej Polski dla swoich dzieci – tak samo jak „Kobiety Demokracji”. Zarówno wtedy jak i teraz, walczyły ramię w ramię z mężczyznami, a czasem musiały walczyć z nimi – teraz wielu panów bardzo wspiera na przykład ruchy kobiece. Wtedy dziewczyny produkowały i kolportowały „bibułę”, chodziły na demonstracje, strajkowały, wyrzucano je z pracy, podsłuchiwano – teraz kobiety cieszą się póki co prawami obywatelskimi, choć część już ograniczono; dostają mandaty za przyklejanie plakatów, są szarpane przez policję (także turecką na Placu Piłsudskiego ), są dyskryminowane ustawą aborcyjną, protestowały przed wprowadzeniem deformy edukacji – a teraz borykają się z problemami swoich dzieci – ofiar minister Zalewskiej. Chronią swoje córki i synów, swoje rodziny i swój kraj… Ale o miłości i przyjaźni nie zapominają. Są kobietami…

Katarzyna Wyszomierska

#kobietydemokracji

W naszym cyklu KOBIETY DEMOKRACJI było o Kaśkach z różnych regionów, o babskim remoncie biura i Polski, a wkrótce – o ciężkiej robocie na zapleczu i wieczorach przy koksowniku…

Polub nas na Facebooku