Problemy w Caritasie

Kalendarz

Ministrowie na rozkaz prezesa oddają kasę, co nie znaczy, że nie rozpłynie się ona gdzieś w czeluściach Caritasu. Wiceminister Stawiarski już przekazał darowiznę na lubelską Caritas w kwocie 45.346 zł.

Jak zwykle nikt nie jest zadowolony, a to dlatego że rzekomy zwrot nagród, który oczywiście, jak twierdzi była premier, należały im się, może trafić w próżnię. Próżnia w tym przypadku ma to do siebie, że cokolwiek w nią wrzucić znika bez śladu.

Zdrowy rozsądek wskazuje, że oddanie czegokolwiek oznacza zwrot właścicielowi. Za czasów kolejnej Rzeczypospolitej powinniśmy się przyzwyczaić do lekkich zmian definiowaniu podstawowych pojęć. Zwrot w rozumieniu prezesa oznacza przekazanie komuś zupełnie innemu. Tym samym kwota znacznie powyżej miliona złotych trafia właśnie do Caritasu, ku zadowoleniu tego ostatniego i oburzeniu wielu. W sumie powinniśmy się zastanowić, czy jest zasadne kruszenie kopii o tak nędzną kwotę wobec wielomilionowych dotacji dla Rydzyka, jednak niesmak pozostaje.

Pomaganie na sztandarze

Idąc śladami byłych pieniędzy rządowych, trafiamy do organizacji kojarzonej z pomaganiem potrzebującym. Pech jednak chce, że ostatnio głośno o niej, ale nie ze względu nie na spektakularne akcje charytatywne, lecz z powodu problemów z prawem jej pracowników.

Pierwszy zgrzyt pojawił się w Płocku. Ponad dziesięć lat temu tamtejszy Caritas chciał pomagać PFRON w aktywizacji osób niepełnosprawnych. I trudno byłoby temu pomysłowi cokolwiek zarzucić, gdyby nie sprawa znalazła się w sądzie, a chodzi o „zwykłe” niewłaściwe dysponowanie środkami oraz fałszowanie dokumentów. Zarzutami objęto dwóch byłych dyrektorów płockiego Caritasu jak również kilku jego pracowników. Sąd bada, w jaki sposób 3 czy 4 miliony złotych trafiło do osób, których można określić postronnymi. Na dodatek po tym jak sprawa stała się głośna, dyrektor Caritasu w Płocku w tak niecywilizowany sposób rozstał się z PFRON, że ten zażądał zwrotu już niebagatelnej kwoty ponad 13 milionów złotych. Podsumowując, dwóm byłym dyrektorom, a przy okazji duchownym, grozi do 10 lat więzienia, natomiast pięciu pracownikom, których wspomniani dyrektorzy zmusili do fałszowania dokumentów, mają perspektywę spędzenia za kratkami do 5 lat. Obecnie Caritas oczywiście nabrał wody w usta i czeka na postanowienie sądu, zrzucając całą winę na byłych menedżerów. Powstaje tylko pytanie, kto za to wszystko zapłaci? Wydaję się, że tak drobna kasa, jaką mają oddać ministrowie, będzie kroplą w morzu potrzeb.

Polub Skwer na facebooku

 

Drobne niezgodności

Druga sprawa jest bardziej tajemnicza. Według „Rzeczpospolitej” bezdomni, którzy chcą korzystać z pomocy opisywanej instytucji, muszą wpłacić na jej rzecz drobną, uwarunkowaną ich sytuacją materialną kwotę. W przeciwieństwie do limuzyn dla Rydzyka od bezdomnych takie postępowanie nie dziwi. Wspomniana gazeta natrafiła na dowody świadczące nie tyle o samym procederze, ile o fałszerstwie w jego zakresie. Osoba zwracająca się o pomoc dostawała potwierdzenie wpłaty od kierownika mieszkań chronionych, a księgowano kwotę z dokumentów podpisanych przez koordynatora Caritasu Archidiecezji Warszawskiej. Zgadzały się data dokumentu oraz jego sygnatura, ale jak dobrze zgadujecie, nie zgadzała się kwota. Wobec Płocka sprawa ze stolicy jest drobiazgiem, ponieważ może chodzić o kilkadziesiąt tysięcy złotych, lecz w tym przypadku poziom podenerwowania u mnie jest wyższy. Warszawski Caritas utrzymuje jednak, że wszystko jest w porządku i pieniądze nigdzie nie znikały. Zostały spożytkowane zgodnie z przeznaczeniem.

Nasze pieniądze krążą właśnie pomiędzy rządem a organizacją o zdecydowanie pozytywnym wizerunku… Patrzymy na to wszystko z narastającym oburzeniem i zastanawiamy się, ile jeszcze naszych, podatników, pieniędzy zniknie gdzieś po drodze?

Zbyszek Wolski