Kto nasikał do windy, czyli list do premiera Morawieckiego

-

Na naszym osiedlu był taki Tadek. Mieszkał w moim bloku i pełnił rolę kogoś w rodzaju osiedlowego głupka. Miał 50-parę lat, chorobę alkoholową i strasznie się jąkał. Bardzo go denerwowały obeszczane windy. I wciąż gadał o tych windach.

Był początek lat 90., na bazarze X-lecia można było kupić tureckie swetry, kurtki jedwabki, dżinsy piramidy i kolorowe bluzy z logo amerykańskich drużyn koszykarskich. Na straganach kupowało się kasety Sepultury i Top One – co kto wolał. Przed Pałacem Kultury można było się kręcić na skrzypiących karuzelach w Cricolandzie i strzelać z wiatrówki z krzywą lufą do zapałek i plastikowych piórek.

Przed blokiem siedziało się na trzepakach i grało w państwa-miasta starym scyzorykiem, na wydeptanej ziemi z kępkami żółtej trawy. A dla większych emocji, kiedy nie było już pieniędzy na karuzelę w Cricolandzie, można było pojeździć windą – z parteru na 10 piętro i z powrotem.

Problem w tym, że wtedy – w roku 1992 – te windy były zawsze obeszczane. Linoleum i imitujące drewno tworzywo na ścianach, to wszystko było mokre i śmierdziało. Codziennie.

Tadek poranki spędzał pijąc na śniadanie wino pod sklepem Społem, a potem palił z nami – dzieciakami – papierosy pod trzepakiem.

Misją Tadka było to, by windy wreszcie przestały być obeszczane i żeby z osiedla znikły wszystkie psy. Bo to je Tadek obwiniał za mokre niespodzianki spotykane w blokowym środku lokomocji. Tak samo, jak nienawidził psów, nienawidził też wszystkich staruszek wyprowadzających na trawniki swoje kundelki, jamniki, mopsy i co tam jeszcze. Cała ta szczekająca i kudłata zgraja budziła jego obrzydzenie i to ją obarczał winą za wszystkie grzechy świata.

– Tfu! – spluwał na widok sąsiadek z jamnikami i biegł do klatki naklejać obwieszczenia nakreślone drżącą ręką i niebieskim długopisem. „ZAKAZ POSIADANIA PSÓW” – krzyczały wielkimi nagłówkami kartki rozklejane przez Tadka.

Pamiętam za to, że część mieszkańców osiedla zaczęła z czasem przyznawać Tadkowi rację z tymi psami. No bo ile można znosić te obeszczane windy? Ludzie zaczęli się buntować i pisali jakieś pisma do administracji, żeby „zabronić starym babom trzymania kundli”.

Aż któregoś sierpniowego poranka moja sąsiadka zatrzymała windę na trzecim piętrze i przyłapała w środku Tadka in flagrante delicto, czyli z fujarą w dłoni.

To Tadek szczał w tych windach.

Szczał w nich codziennie, by ludzie znienawidzili te wszystkie kundelki i jamniki.

I teraz tak, panie premierze Morawiecki – mam do pana sprawę. Może to tak głupio, gdy skromny facet z internetu zwraca się wprost do szefa rządu, ale mam nieodparte wrażenie, że codziennie szczasz pan w mojej windzie.

Chciałbym, żeby pan przestał. (…) Wystarczy nie kraść, pan mówił.
Wystarczy nie szczać, pan mówił.

I ludzie uwierzyli w te wszystkie wasze pisane drżącą ręką i niebieskim długopisem obwieszczenia na śmierdzących uryną klatkach schodowych i mamy to, co mamy.

Czy Platforma szczała i kradła? Oczywiście, że tak.

Ale, żeby być uczciwym wobec Tadka, muszę dodać, że w moim bloku w latach 90. znalazłaby się para staruszek z obolałymi nogami, które wyprowadzały swoje Kubusie i Reksie tylko do windy i z powrotem. I to tkwiło u zarania krucjaty Tadka. Problem w tym, że Tadek swoją krucjatę eskalował i sięgnął po nieczyste (sic!) zagrania.

Tak jak pan, panie premierze.

Miało być tak, że wystarczy nie kraść, prawda? Ale to pańska partia wydała 169 tysięcy złotych z moich pieniędzy podatniczych na usługi wizażu pani Beaty Szydło i jej koleżanek z rządu. I na puder dla pana, panie Morawiecki, też. Dla pana to poszło 49 tysięcy złotych za ten makijaż w trzy dni – nie wiem, co pan robi w tych ciemnych gabinetach w alejach Ujazdowskich, ale powiem panu, że niepokoi mnie to trochę. (….) Czy 550 złotych dziennie na pudry i szminki dla Beaty Szydło to nie za dużo? (…)

Albo pańscy koledzy z Sejmu, którzy razem z panem powiedzieli mi, że „wystarczy nie szczać”. A każdy poseł dostaje 170 tysięcy złotych rocznie na prowadzenie biura. Czepiam się, prawda? Przecież poseł musi mieć biuro i w nim pracować. W terenie, dla ludzi.

Tylko, że polski przedsiębiorca, który utrzymuje pana i ten cały pierdolnik, też musi mieć biuro, by w nim pracować. Albo warsztat. Albo inne miejsce pracy. I nie dość, że płacić musi za swoje, to jeszcze musi płacić na pana i pańskich kolegów.

Takiemu przedsiębiorcy pozwala pan łaskawie, panie Morawiecki, wrzucić w koszty działalności gospodarczej tak zwaną kilometrówkę. Dla samochodu o silniku poniżej 900 cm3 wynosi ona oszałamiające 52 grosze polskie. Dla samochodu o silniku większym: 83 grosze.

Czyli od podatku taki człowiek może sobie odpisać około 17 groszy na kilometr.

Na tyle wycenia pan koszt przejazdu przedsiębiorcy, który utrzymuje pana i tę windę, którą pan obsikuje. 83 grosze łamane na 17 groszy za kilometr.

A ile kosztuje kilometr przejechany przez pięknie uwizażowanych (nie ma takiego słowa) pańskich kolegów i koleżanki z rządu? Z raportu Najwyższej Izby Kontroli wynika, że za kilometr przejechany przez Dobrą Zmianę podatnik musi zapłacić prawie 34 razy więcej niż pozwala pan przedsiębiorcy. A licząc to, co oszczędzi na podatku: 165 razy.

Uważa się pan za 165 razy lepszego od zwykłego faceta, który ma działalność gospodarczą i samochód?

Ale spójrzmy jeszcze na pańskich kolegów spoza rządu (bo niestety nie wszyscy wierni partii się tam zmieścili). Na kolegów i koleżanki z Sejmu, za te 170 tysięcy na koszty biura.

Oni też lubią przejazdy.

Jeśli pan, panie premierze, weźmie do ręki globus to zobaczy pan na nim taką długą, poziomą kreskę. Dokładnie pośrodku. To równik. W rzeczywistości – nie na globusie – ma 40 tysięcy i 75 kilometrów długości.

Pan pozwala każdemu z 460 posłów całkowicie za darmo (czyli m.in. za moje) pokonać odległość 42 tysięcy kilometrów rocznie. To o 1925 kilometrów więcej niż obwód Ziemi. Liczę po stawce dla szarego człowieka – 83 grosze za kilometr.

Pan uważa, że obowiązki poselskie wymagają okrążenia naszej planety i za to my – podatnicy – powinniśmy płacić pańskim kolegom.

By pobrać te pieniądze z budżetu poseł nie potrzebuje przedstawiać szczegółowych rozliczeń – jak przedsiębiorca. Nie musi prowadzić rejestru, zbierać faktur i rachunków. Nie ma kontroli skarbowej. Wystarczy, że powie raz w roku w Kancelarii Sejmu „objechałem Ziemię dookoła, proszę mi wypłacić 35 tysięcy 103 złote i 60 groszy” i bum! Kwota wpada na konto.

Jak na przykład ten koszmarny poseł Andruszkiewicz, który nie ma ani prawa jazdy, ani samochodu, a rok w rok tym nieistniejącym wehikułem okrąża planetę i rok w rok przelewa sobie na konto te parędziesiąt klocków. (…)

A kiedy wyborcy ocenią posła negatywnie i nie wybiorą go na następną kadencję, to płacą mu ponad 20 tys. zł odprawy, za to, że pracował źle i został z pracy wyrzucony. A potem on – były poseł, ale nadal pański kolega, panie premierze – przychodzi do kancelarii Sejmu i może ssać z podatniczego cyca 5 tysięcy złotych kolejnej zapomogi, bo biedak roboty nie może znaleźć. Zasiłek dla bezrobotnych ustanowił pan, panie premierze, na 831 złotych – tak tylko przypominam.

To są wasze przywileje, klaso próżniacza, wystarczy nie szczać.

Ja rozumiem, panie Morawiecki, że ja i inni obywatele musimy utrzymywać nasze państwo. Że musimy płacić podatki – naprawdę rozumiem. I płacę.

Mam jednak delikatny problem z tym, że za każdym razem, gdy przychodzi pan do mnie z łapą po pieniądze, to zastaję potem obeszczaną windę.

Cały felieton można przeczytać na http://www.nienawisc.pl. Dziękujemy autorowi za zgodę na publikację.

Najnowsze

Uznany fotograf, autor teatralnych i filmowych plakatów czy ilustracji książkowych Tomasz Sikora był twórcą kampanii „Nie świruj, idź na wybory”. O kulisach kampanii, orędziu marszałka Grodzkiego, wyzwaniach „nowej ery” rozmawiał z Katarzyną Wyszomierską.
Prof. Dimitry Kochenov o praworządności. W panelu biorą udział sędzia Piotr Gąciarek oraz Maciej Taborowski z biura RPO.
Sędziowie Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu uznali, że nominacje nowej KRS powinny zostać poddane ocenie przez Sąd Najwyższy. W dniu ogłoszenia wyroku odbyły się w wielu miastach pikiety. Podczas manifestacji w Krakowie „Czekamy na KReS neoKRS” głos zabrał prof. dr hab. Fryderyk Zoll.
O zapaści w szpitalnictwie rozmawiamy z dyrektorem jednego z powiatowych szpitali na południu Polski.
Jak zapobiegać zdarzeniom bezczeszczącym ofiary hitleryzmu? Wiele osób oburzyło się aktem wandalizmu, ale kto realnie przeciwstawi się kolejnym? Chcą to zrobić członkowie jednego ze stowarzyszeń łódzkich.

Artykuły o zbliżonej tematyce