Z myślą o Kongresie Obywatelskich Ruchów Demokratycznych cz. 1

Dziś pierwsza część tekstu „upartego uczestnika obywatelskich protestów, byłego i wieloletniego działacza Amnesty International, członka zespołu ekspertów TEAM EUROPE przy Przedstawicielstwie Komisji Europejskiej”, czyli Bogusława Stanisławskiego, gościa KORD.

Skąd? Dokąd? Po co?

Myślę, że warto dziś o tym przypomnieć, bo to już historia: nasz protest przeciwko zamachowi na Konstytucję rozpoczęliśmy 3 grudnia 2015 przed siedzibą Trybunału Konstytucyjnego. Kto to pamięta? Czy docierało wówczas do naszej wyobraźni, że nowelizacja ustawy o TK przeciwko której protestowaliśmy, była zaledwie początkiem procesu fundamentalnych zmian ustrojowych; że była uruchomieniem walca, który w precyzyjnie zaplanowany sposób miał wgnieść w polską ziemię mozolnie, przez ćwierć wieku, wznoszone zręby instytucji demokratycznego państwa prawa?

Patrząc wstecz przerażenie ogarnia, jak bardzo byliśmy ma ten ruch walca nieprzygotowani, z jakim lekceważeniem słuchaliśmy słów Jarosława Kaczyńskiego mówiących o „Budapeszcie w Warszawie”, traktując je jako bezsensowne pokrzykiwania sfrustrowanego polityka, pałającego żądzą zemsty i spragnionego władzy. I aż wierzyć się nie chce, jak szybko zniknął nam z horyzontu ten pierwszy odruch spontanicznego, obywatelskiego protestu, w którym – jak Polska długa i szeroka – uczestniczyło setki tysięcy obywateli pod transparentem Komitetu Obrony Demokracji. A jakaż była w nim moc, ile wiązanych z nim nadziei! Kiedy już zniknął – jakie poczucie zawodu, że ci nasi pierwsi liderzy, którzy wezwali nas do protestu, nie sprostali wyzwaniu.

Niszczenie demokracji

Tymczasem walec się rozpędzał. Piekielny algorytm niszczenia w Polsce młodej, wciąż jeszcze nie okrzepłej demokracji, skreślony – daję w to wiarę – tą samą ręką, która w różnych punktach globu usiłuje burzyć światowy ład i kwestionować priorytet prawa, realizowany jest z zegarmistrzowską precyzją. Bezwolny prezydent, likwidacja służby cywilnej i obsadzenie urzędów politycznymi nominatami, zawłaszczenie mediów publicznych, skrajny nepotyzm promujący „miernych, ale wiernych”, ukierunkowane politycznie obietnice socjalne, powołanie „gwardii narodowej” (WOT) wyjętej spod kontroli cywilnej, kolejne delikty konstytucyjne zmieniające ustrój państwa, pełzająca faszyzacja kraju – coraz mniej skrywany flirt ze środowiskami skrajnych narodowców w sposób ewidentny łamiących zapisy Konstytucji, reforma edukacji mająca na celu kształtowanie „nowego człowieka”, pisanie od nowa historii, rujnacja młodego polskiego parlamentaryzmu, pogłębiający się spór z Unią Europejską, która uparcie, jak brzęcząca pszczoła, przeszkadza w destrukcji państwa prawa, systematyczne wyprowadzanie Polski – jakby tylnymi drzwiami – z tej niepowtarzalnej wspólnoty wolnych narodów. Uwieńczeniem sukcesu destrukcji ma być rozmontowanie trójpodziału władzy – pozbawienie sądu przyrodzonej mu niezawisłości, poddanie go kontroli polityka. A Jarosław Kaczyński, w miarę utwierdzania swego władztwa, coraz mniej zwraca uwagę na zachowanie pozorów – coraz częściej mówi otwartym tekstem. Czasem doprawdy warto go posłuchać, żeby wiedzieć, w którym jesteśmy miejscu, choćby tego: z reformy państwa nie zrezygnujemy, choćby miało to zagrażać  gospodarce. Albo tego: dyktatowi Brukseli nie ulegniemy i państwo będziemy zmieniać. Albo ostatnio: dokończenie „reformy” sądów jest niezbędne do zreformowania państwa. To nie są cytaty, bo trudno mi je  odszukać; to pospiesznie notowana esencja rzucanych w przestrzeń publiczną prezesowych myśli: o barierach, jakichkolwiek hamulcach, nie ma tu mowy, walec się toczy i toczyć się będzie, swego dzieła dokończymy. Straszne? Straszne!

Dziel i rządź

Można by tak mnożyć. Towarzyszy temu określona narracja, której myślą przewodnią jest „dziel i rządź”. Podzieleni zostaliśmy na „sorty”, z których tylko ten „lepszy” dostępuje zaszczytu przynależności do narodu – zbiorowego suwerena, który stoi ponad prawem. Słowa adresowane są do najniższych instynktów ludzkich. „Gorszy sort” odarty został z godności, bo nie jest po myśli dyktatora, aby jakiekolwiek jego cechy budziły choć szczyptę empatii. „Komuniści i złodzieje” – wykrzyczał z za pleców stojącego na drabince swego pryncypała przyszły najwyższy zwierzchnik służb mundurowych, minister spraw wewnętrznych, Joachim Brudziński. Sam pryncypał dodał do tego „zdrajcy”, a jego akolici twórczo to uzupełniali w różnych kontekstach, z których jednoznacznie wynika: „na żołdzie jakiejś lewackiej międzynarodówki”. Czy można sobie wyobrazić empatie do takich typów, w dodatku „stojących tam, gdzie stało ZOMO”?

W ten scenariusz, w ten piekielny niszczycielski algorytm, wpisane zostało jeszcze coś więcej i – być może – to właśnie jest w nim najważniejsze. My się mamy nie lubić,  wszyscy ze wszystkimi: nie tylko „totalna opozycja” z „totalnie rządzącymi”, również w swoich środowiskach, gronach, grupach i podgrupach. Dyktator kocha zarządzanie konfliktami – to umacnia jego pozycję. Mało mnie interesuje, z czyjego nielubienia się w gronie swoich akolitów zadowolony jest Jarosław Kaczyński. Jest natomiast dla mnie sprawą fundamentalną, jakie narodowe przywary wpisane zostały w tym scenariuszu po stronie opozycji w przewidywaniu, że doprowadzą do jej skłócania, uniemożliwiania konsolidacji i określenia celu wspólnego – obalenia dyktatury i rządów bezprawia. Interesuje mnie, na co – na jakie nasze słabości liczy nasz polityczny przeciwnik i czy się przeliczył, czy też jednak w swoich diabelskich przewidywaniach miał trochę racji.

Opór wciąż się tli

Do tych słabości obniżających naszą siłę rażenia jeszcze powrócę, chcę jednak przed tym powiedzieć, w czym się ten domniemany przeze mnie scenariusz naszym przeciwnikom nie sprawdził. Gdyby nawet założyć, że przewidywał on w jakimś swoim wariancie masowe protesty u progu niszczycielskiego procesu i towarzyszące temu rozbudzone nadzieje, że dopuszczał wykrzykiwanie przez nas słów protestu, co Prezes kwitował z cynicznym uśmiechem „cała Polska z was się śmieje”, to dalszym ciągiem tego przewidywania musiało być skłócenie się opozycyjnych liderów i załamanie się nadziei wobec nie hamującego walca. Domniemany rezultat miał być taki jak na Węgrzech, jak w Turcji, o Ukrainie nie mówiąc: tłum opuszcza ulice, wraca do domów, choćby i na wewnętrzną emigrację, a karawana bez przeszkód jedzie dalej. Stało się inaczej. My się nie rozeszliśmy, do domu nie wróciliśmy, zadzierzgnięte podczas masowych protestów więzy okazały się trwałe. Obudziło się w nas – to prawda, niezbyt pieszczone w okresie minionego „złotego ćwierćwiecza” – poczucie obywatelstwa, świadomość traconych praw i zagrożenia wychodzeniem z Europy, odpowiedzialność za dalsze polskie losy. Zaczęliśmy uczyć się Konstytucji i z przejęciem słuchać jej preambuły definiującej państwo prawa. Że to nie cały naród? Że tych działających, budzących, inspirujących jest garstka? A czy nie garstka tworzyła fenomen czasu wojny na skalę światową, Polskie Państwo Podziemne? Czy nie garstka Warszawiaków chwyciła za broń podczas Powstania? Czy nie garstka z tych, którzy podczas „karnawału” przypinali sobie znaczek pisany „solidarycą” pochylała się nad sitodrukowymi powielaczami drukującymi w stanie wojennym solidarnościową bibułę?

To prawda, emocje opadły, bo taka jest dynamika masowych wydarzeń, ulice nieco opustoszały, nie bez znaczenia dla rodzącej się obywatelskiej opozycji okazał się kryzys KOD-u jako znaku firmowego ogólnopolskich protestów. Nie doszło jednak ani na moment do powstania próżni. Spontanicznie rodziła się nowa formuła obywatelskiej opozycji: różnorodność….

O tej różnorodności, także jako zalecie naszych ruchów – jutro w drugiej części tekstu.

Bogusław Stanisławski

#KongresObywatelskichRuchówDemokratycznych #KORD

Zajrzyj na stronę https://www.kord.org.pl/

Polub nas na Facebooku