„Dobra zmiana” czy pat?

„Dobra zmiana” czy pat? Obie strony konfliktu, bez oceniania bohaterów.
polecamy

Ten film to prowokacja: ma nas sprowokować do rozmowy z drugą stroną. Jak dokument o dwóch kobietach-matkach reprezentujących tak różne poglądy został odebrany przez środowisko związane z opozycją i PiS? O filmie rozmawiają Marta Franas-Michalska, jedna z bohaterek, Konrad Szołajski, reżyser i Katarzyna Wyszomierska, redaktor naczelna portalu.

Katarzyna Wyszomierska: Od nakręcenia tego filmu minęło już sporo czasu, ale przede wszystkim w Polsce doszło do wielu zmian. Jak teraz patrzycie na film, wiedząc to, co teraz wiecie?

Konrad Szołajski: Od jesieni 2015 niezmiennie trwa wciąż pogłębiający się konflikt dwóch obozów. Pat. Teraz może wyraźniej tylko widać, że w obu formacjach są wewnętrzne spory, często personalne, a walka polityczna nabiera coraz częściej cech tragifarsy. Przypomina się formuła – czy nie Kaczyńskiego? – że największym wrogiem polityka nie jest jego przeciwnik, a kolega z tego samego ugrupowania…

Co do samego filmu: większość przyjmuje go entuzjastycznie – i to po obu stronach politycznej barykady, vide recenzje z lewej i z prawej. Ale też jest niewielka część odbiorców, która nie rozumie, że ten utwór nie miał być encyklopedią „dobrej zmiany”, ani też peanem na cześć opozycji (czy PiS-u), a artystyczną wizją, zapisującą emocje tego czasu, pierwszą i na razie JEDYNĄ próbą opowieści dokumentalnej o epoce, która może okazać się dla Polski niezwykle ważna.

Katarzyna Wyszomierska: Coś w tym jest… Po Twoim filmie odezwały się głosy, że nie ta bohaterka, nie te wydarzenia, nie w taki sposób pokazane, słowem – wszystko nie tak… Każdy miał swój pomysł na ten film, ale przecież to jest Twój obraz, który powstał w konkretnym czasie i nie mógł dokumentować wszystkiego tego, co przeżyliśmy my, ulicznicy, a czego nie przeżyłeś Ty jako człowiek z zewnątrz. Jak odbierasz głosy krytyki? 

Konrad Szołajski: Bardzo brakuje nam pogłębionej rejestracji tego, co się z nami dzieje, opisu naszego świata. Ja wybrałem dwie postaci, by przez nie opowiedzieć o podziale Polski – i wydaje się, że dobrze postawiłem, trochę unikając pokazywania polityków i liderów, bo ci się zmieniają, kłócą i dzielą, co – widziane „z dołu” – nie ma dla zwykłych ludzi aż takiego znaczenia. Chodziło o syntezę, a nie o szczegóły. Ci, którzy chcą widzieć w filmie „Dobra zmiana” coś innego, po prostu nie pojmują, na czym polega konwencja filmu dokumentalnego. To może, ale nie musi być kronika zdarzeń, bo to przede wszystkim utwór artystyczny, wypowiedź reżysera.

Niektórzy naiwnie też próbują projektować swoje oczekiwania – i nic ich nigdy nie zadowoli. To tak, jakby impresjonistom zarzucać, że nie malowali jak Matejko podniosłych scen z historii, a Matejce, że nie eksperymentował z  plamami światła i nie tworzył abstrakcyjnych kompozycji… Nikt zresztą nikomu na razie nie broni nakręcenia kolejnych filmów na temat „dobrej zmiany” – mam nawet nadzieję, że takie powstaną. Choć niewątpliwie nie jest to łatwe, bo coraz mocniej działa finansowa cenzura: nasze publiczne instytucje (Ministerstwo Kultury, PISF, TVP itp.) odmawiają pomocy. Musimy szukać innych dróg. Może niezależna fundacja, wspierająca kulturę bez politycznych ograniczeń?… Kto pomoże ją założyć?

Dobra zmiana

Katarzyna Wyszomierska: Marta, a jak Ty oceniasz ten dokument i siebie w nim?

Marta Franas-Michalska: To bardzo dziwne uczucie patrzeć na siebie nie własnymi oczyma i nie z własnej perspektywy. Tak właśnie odbierałam ten film za pierwszym razem. I szczerze mówiąc niewiele z tej pierwszej projekcji wyniosłam – emocje były za duże, a ja skupiłam się bardziej na tym, czy nie znajdę w filmie czegoś, czym mogłam przedstawić „naszą” stronę w złym świetle… A potem obejrzałam jeszcze raz i percepcja była już zupełnie inna. Oderwana ode mnie. I zobaczyłam dużo więcej. Nie patrzę na siebie, ale na „nas” i na „nich”. A także na nas wszystkich.

Film Konrada zaczął powstawać ponad dwa lata temu. I rzeczywiście jak mówisz, w Polsce wydarzyło się w tym czasie bardzo wiele. Podział w społeczeństwie jeszcze się pogłębił. My wciąż walczymy o państwo prawa, wolne i niezawisłe sądy, prawa człowieka. Oni stawiają pomniki, wciąż uważają, że uzyskany w demokratycznych wyborach mandat daje PiS prawo do robienia wszystkiego.

Ale są sprawy, które czas już zweryfikował – pani Marta, ta druga bohaterka, jest w filmie przekonana, że podkomisja Macierewicza przedstawi raport, który udowodni zamach, że Kaczyński „dojdzie do prawdy”. Wiemy już, że Macierewicz nie udowodnił swoich szalonych teorii, a Kaczyński zakończył miesięcznice nie dochodząc do niczego. Za to konieczność naszej walki o niezawisłość sądownictwa i przestrzeganie konstytucji potwierdziła w tym czasie Komisja Europejska i wiele sądów w krajach UE, które mają wątpliwości co do możliwości bezstronnego i nie podlegającego naciskom politycznym sądzenia w Polsce. Konieczność naszej walki o praworządność potwierdził ogromny spadek Polski w Rankingu Praworządności.

Katarzyna Wyszomierska: A czy to prawda, że na koniec spotkania w Katowicach reżyser poprosił, żeby obie bohaterki zrobiły sobie wspólne zdjęcie na tle plakatu filmowego i to spotkało się z odmową tej drugiej?

Marta Franas-Michalska: To prawda. To było już przy kawie i ciasteczkach po projekcji filmu. Pani Marta powiedziała wtedy, że jeśli na tym zdjęciu mamy być tylko my dwie, to ona do takiego zdjęcia nie stanie. Zapytałam ją wtedy, czy jestem trędowata….To było bardzo przykre. Ostatecznie powstało zdjęcie na którym oprócz nas jest jeszcze reżyser i dwie inne osoby. A jak Ty patrzysz na ten film?

Katarzyna Wyszomierska: To film, który pokazuje kawałek Polski, i to takiej mi znanej. Sama jestem głęboko zanurzona z świat opozycji, ale z kolei rodzinnie przyglądam się tej drugiej stronie. I ten fragment o religii smoleńskiej przypomniał mi scenę z chrzcin, które traf chciał odbyły się kilkanaście tygodniu po katastrofie pod Smoleńskiem. Przepraszam, rodzice dziecka mówili, że to był zamach. Więc wyobraźcie sobie wesołą w sumie uroczystość rodzinną, z winem, tortem i dziecięcym śmiechem, który zakończył się czymś na kształt wieczorku poetyckiego poświęconego pamięci ofiar. I deklamowanie nad schabowym wierszy o tej tragedii autorstwa wujów i „wieszcza” PiS, Jarosława Marka Rymkiewicza. To naprawdę zdarzyło się i to naprawdę dzieje się w naszych domach. Polska ma ogromny problem i na razie nikt nie ma pomysłu, jak to rozwikłać – tak to widzę. Jak odebraliście premierę warszawską, a jak katowicką? 

Marta Franas-Michalska: Premiera warszawska była moim pierwszym kontaktem z filmem. Nie widziałam go wcześniej i chciałam go „przeżyć” wspólnie z rodziną i przyjaciółmi. Tak jak już wcześniej powiedziałam – nie dotarłam wtedy do jego sedna. Ale spotkanie w kinie wielu przyjaznych mi ludzi, dodajmy, że nie widzianych od dawna, było bardzo ważne dla mnie.

To co działo się w Katowicach, to już zupełnie inna para kaloszy… Pojechałam na nią, ponieważ miała się na niej pojawić pani Marta Święcicka – druga bohaterka filmu, której wcześniej nigdy nie spotkałam. Byłam bardzo ciekawa tego, jak odbierze „Dobrą Zmianę” i czy uda się nam porozmawiać. Czy dialog międzyplemienny jest możliwy? A może dwa plemiona to mit wtłaczany nam wszystkim na siłę?

Premiera katowicka okazała się dla mnie doświadczeniem bardzo mocnym emocjonalnie. Gorzko-słodkim doświadczeniem. Pani Marta przyjechała w towarzystwie klubowiczów Gazety Polskiej, jednego z nich dobrze pamiętałam z ekranu. Przywitała się ze mną niechętnie i patrzyła na mnie z pewną obawą. W pierwszych słowach po projekcji nie wiedzieć czemu zaatakowała nieładnie moją mamę (której nie zna i której w dodatku na projekcji nie było) mówiąc, że jej (pani Marcie) za komuny było ciężko a moja mama świetnie w tych czasach prosperowała… A przecież nie ma pojęcia co się działo wtedy z moją rodziną. Odnosiłam wrażenie, że próbowała się odciąć od „siebie” pokazanej w filmie za pomocą skierowania uwagi w inną stronę. Choćby za pomocą ataku i manipulacji.

Ale był jeszcze jej towarzysz, pan Wiesław. Był miły i otwarty. Mimo że w filmie wygłaszał tezę, że jesteśmy potomkami komunistów i walczymy o pokomunistyczne koryto, to podczas spotkania wyraził opinię, że mamy prawo do innych niż on poglądów. Rozmawiał chętnie i tonował wypowiedzi gdy dyskusja zmierzała w stronę zaostrzenia. Po projekcji stwierdził, że cieszy się, że film powstał bo dzięki temu możemy się spotkać i poznać… Dzięki temu filmowi po raz pierwszy widziałam z bliska uczestników miesięcznic smoleńskich nie oddzielona od nich barierkami i kordonem policji…

Katarzyna Wyszomierska: Konrad, jak wyglądało z boku, czyli z Twojej perspektywy, to spotkanie „dobrej zmiany” z „ulicznikami”? Na premierze warszawskiej było dość spokojnie, ale podejrzewam, że w Katowicach mogło być większe napięcie…

Konrad Szołajski: Odbiór widzów był bardzo emocjonalny – po raz pierwszy na dużym ekranie pokazane obie strony konfliktu, bez oceniania bohaterów i ich formacji. To szokuje. Po obu stronach. W Katowicach doszło w dodatku do spotkania obu głównych postaci i publicznej rozmowy miedzy nimi, trochę zaiskrzyło…  Ale tam też było przyjemne dla mnie zaskoczenie – choć to poniekąd realizacja jednego z celów pracy nad tym filmem: ludzie z klubu Gazety Polskiej i KOD (i chyba nie tylko) opozycji zaczęli ze sobą rozmawiać. I to dosyć przyjaźnie. Nawet umawiali się na spotkanie, by – chyba przy ognisku – kontynuować dialog. Ciekawe, czy to tego dojdzie?

Marta Franas-Michalska: Faktycznie, w kuluarach rozpoczęły się rozmowy klubowiczów z fantastycznymi śląskimi członkami KOD, którym serdecznie dziękuję za to spotkanie. Nie kłótnie, nie awantury, ale rozmowy. Słyszałam nawet propozycję następnego spotkania! Dlatego doceniam pomysł Konrada, żeby pokazać obie strony „barykady” nie osądzając nikogo, tyko pokazując nam nas samych jak w lustrze. A teraz słyszę, że reżyser proponuje, by ci, którzy chcą zobaczyć film „Dobra zmiana”, zapraszali do kina swoich… przeciwników politycznych – i może w ten sposób zaczną ze sobą rozmawiać? Myślisz, Kasiu, że może się udać?

Katarzyna Wyszomierska: Nie sądzę. Ja byłam na warszawskiej premierze z osobą, która nie jest związana z opozycją, a o nas mówi, że „histeryzujemy z tym TK”. Pokłóciliśmy się po tym filmie, ale raczej o to, że nie niesie on jakiejś nadziei… Ale jaką ma nieść, skoro widzimy na ekranie kobietę, która każe córce rozkładać i składać „kałacha” z zawiązanymi oczami, a wnuki przy obiedzie uczy musztry? Mówi o zburzeniu budowli wpisanej w rejestr zabytków, bo jest jej obca kulturowo. Zresztą obcych (pojęcie bardzo szerokie jak wynika z jej monologu) też nie lubi. Nie lubi i nie rozumie wszystkiego co inne. I jeszcze tłumaczy wiele rzeczy wiarą – a jest bardzo wierzącą osobą. I nie jest to dżihadystka, tylko mieszkanka Śląska.  

Marta Franas-Michalska: I co na to osoba, która Ci towarzyszyła?

Katarzyna Wyszomierska: Była przerażona. Nie miała pojęcia, że coś takiego dzieje się w Polsce, podobnie jak Twoja mama, Marta. Nie wiem, czy dobrze zrobiłam wystawiając ją na taką prowokację.

Marta Franas-Michalska: Ja spróbuję na film zaprosić koleżankę, z którą poróżniłyśmy się w czasach „dobrej zmiany”.

Dobra zmiana

Katarzyna Wyszomierska: Wracając do rzeczywistości; przed nami wybory do samorządów. Z filmu wynika przynajmniej dla mnie, że te dwa plemiona nie umieją, czy nie chcą się dogadać. Czy jest szansa, żeby chociaż dogadały się na poziomie samorządów, jak to w wielu gminach bywało?

Konrad Szołajski: Obecne wybory samorządowe stają się plebiscytem – chodzi o poparcie dla PiS lub walką z tą partią, a w mniejszym stopniu – wybranie najlepszych samorządowców. A przecież naszym wybrańcom przyjdzie jednak częściej borykać się nie z prawniczą interpretacją zapisów konstytucji, a z małymi, realnymi problemami typu naprawa kanalizacji. Mam nadzieję, że wyborcy postawią na tych, którzy zaproponują praktyczne rozwiązania, a potem – choćby z konieczności – ci wybrani przez nas zaczną współpracować.

Na szczęście życie bywa bardziej zaskakujące, niż wszelkie teorie na temat tego, co się może w polityce zdarzyć. Śląskie spotkanie klubowiczów GP i KOD-erów budzi nadzieję… Może więc – nie słuchając poleceń z warszawskiej centrali – ludzie tu i tam zaczną się dogadywać, by załatać dziurę w drodze? Mieszkam na osiedlu, gdzie nadal nie ma porządnej drogi i świetlenia, więc liczę, że samorządowcy w końcu ten problem rozwiążą. Boję się tylko trochę, że jak to tak formułuję, zostanę oskarżony o odchylenie „symetrystyczne”… Ale porządna ulica  z chodnikami i latarniami naprawdę by nam się przydała – i będziemy mogli po niej nieco wygodniej maszerować manifestując nasze poglądy. Zachęcam wiec wszystkich do udziału w wyborach i głosowanie na tych, którzy myślą racjonalnie.

Marta Franas-Michalska: Ale jeśli chodzi o zbliżające się wybory to nie będą one „normalne”. W warunkach normalnych wybory samorządowe powinny być naprawdę lokalne, nie dominowane przez „wielką” politykę. Teraz wynik wyborów samorządowych będzie miał wielki wpływ na kształtowanie trendu w polityce ogólnokrajowej i dlatego ta polityka wywiera tak dużą presję na lokalne wybory. A koalicje „międzyplemienne” będą bardzo trudne dopóki nie zrozumiemy, że nie jesteśmy Tutsi i Hutu…

Pan z Klubu Gazety Polskiej powiedział na spotkaniu po projekcji, że do „wojny plemiennej” podpuszczają nas liderzy. Że niechęć między nami nie powstała sama i samoistnie. Nie próbował przy tym rozgrzeszać własnych liderów a odpowiedzialności zrzucać na opozycję. To wielki krok naprzód. Uświadomienie sobie jak i dlaczego mur między nami powstał jest pierwszym krokiem do zlikwidowania go. Teraz przez chwilę będę optymistką – może to nie jest mur, tylko tektura pomalowana w cegły i kraty? I jak przestaną nam ciągle wmawiać że to ściana, to odważymy się wyciągnąć rękę i okaże się, że przebijemy ten papier…

Lista kin, w których wyświetlany jest film

Lista kin, które w październiku pokazują nasz film zdecydowanie się rozrosła:w Krakowie – kino "Mikro"w Krakowie -…

Posted by Dobra zmiana – film dokumentalny on Thursday, October 18, 2018

 

Polub nas na Facebooku