Siłaczka mówi DOŚĆ, czyli takie sobie święto…

Zabito we mnie wzniosłe ideały, które na początku drogi zawodowej były moim drogowskazem. Jestem nauczycielką w cudownym, istniejącym jeszcze tylko przez rok gimnazjum. Mentor? Mistrz? Misja? Powołanie? Więcej nie dam się nabrać na żadną misję.

Moja szkoła jest, a właściwie była, oknem na świat dla wiejskiej młodzieży, miejscem, w którym uczniowie mogli rozwijać swe talenty i kształcić się na najwyższym poziomie, w którym otrzymywali wsparcie i opiekę. Nasze wiejskie dzieci rozkwitały w gimnazjum, a potem bez trudu i bez kompleksów dostawały się do najlepszych warszawskich liceów, do Hoffmanowej, Czackiego, Słowackiego. Podczas odwiedzin absolwenci zapewniali nas, że zostali świetnie przygotowani i że lata spędzone w gimnazjum były najlepszymi w ich życiu. (..)

Za niespełna rok nasza szkoła przestanie istnieć. Protestowaliśmy od samego początku, setki listów, apeli, jeździliśmy do posłów, próbując tłumaczyć, że likwidacja gimnazjów to uwstecznianie edukacji. Gdy to się nie udało, chcieliśmy przekształcić szkołę w liceum. Warunki mamy doskonale, świetną kadrę a nasz wójt zobowiązał się wziąć na siebie wszystkie koszty.

Starosta mówi nie

Decyzja jednego człowieka sprawia, że giniemy – starosty, który nie pozwala na utworzenie liceum, bo będą do nas uciekać dzieci z okolicznych miast. Jesteśmy zbyt dobrą szkołą, więc trzeba nas zniszczyć, żeby czasami uczniów nie straciły kiepskie licea. Historia jak z Mrożka, teatr absurdu! Na nic tłumaczenie, że uczniowie i tak uciekają poza powiat, większość do Warszawy, że nasza szkoła mogłaby zatrzymać dzieci w powiecie. Starostę dziarsko poparł wicestarosta, który zanim dostał stołek w urzędzie pracował jako rzeźnik. Serce rozrywa się na pół, gdy pomyśli się, kto zdecydował o naszym losie.

Nauczyciele – idealiści i entuzjaści – takie Stasie Bozowskie – stracili cały zapał, chęć do pracy a przede wszystkim ideały. Jest chaos, smutek i rozgoryczenie. Jesteśmy dorośli i poradzimy sobie. W dużo gorszej sytuacji są dzieci.

Gimnazja miały wyrównywać szanse

Bo przecież gimnazja zostały utworzone między innymi po to, aby wyrównywać szanse. W naszym wypadku sprawdziło się to w stu procentach. Po szóstej klasie uczniowie przychodzili do naszego świetnie wyposażonej szkoły, rozwijali talenty aktorskie, sportowe, językowe. Spotykali ciekawych ludzi – reżyserów, dyplomatów, aktorów. Brali udział w konferencjach międzynarodowych. Teraz muszą dwa lata dłużej spędzić w swoich malutkich podstawówkach (4–5 osób w klasie), gdzie nie ma możliwości zorganizowania choćby jednego wyjazdu rocznie. W gimnazjum uczniowie mieli do wyboru trzy języki obce, teraz narzucony jest jeden, rosyjski. W trzech szkołach nie ma miejsca dla 7 i 8 klas, więc muszą być dwie zmiany.

Zdeptane ideały

Problem mój, moich koleżanek i kolegów nauczycieli polega na tym, że traktowaliśmy pracę w szkole jak misję, jak posłannictwo. Kochaliśmy nasze gimnazjum, naszego patrona, którego mieliśmy okazję znać osobiście, zaangażowaliśmy się całym sercem w misję pielęgnowania pamięci o pomordowanych w Katyniu oficerach, pragnęliśmy tym wiejskim dzieciom stworzyć takie warunki, żeby nie mieli żadnych kompleksów wobec kolegów z dużych miast i okazaliśmy się frajerami. „Patron? Misja? A co wy tak emocjonalnie?” – powiedziano do nas, gdy błagaliśmy o pomoc w przekształceniu szkoły w liceum.

Ja, młoda nauczycielka mam dość. Mogłam przeboleć brak satysfakcji finansowej, bo czułam, że współtworzę z innymi nauczycielami piękne, wartościowe dzieło. Teraz dowiaduję się, że to nie dzieło tylko patologia, którą należy zniszczyć. Dłużej nie zamierzam być SIŁACZKĄ!

Nauczycielka

Tekst listu pochodzi ze współpracującego z nami portalu https://niedlachaosuwszkole.pl. Skróty pochodzą od redakcji.

Polub nas na Facebooku