Horror nad urną, czyli małżeński dyżur

obwodowa komisja wyborcza
polecamy

Swój 37-godzinny dyżur opisuje nasze redakcyjne małżeństwo. Gdyby nie oni i setki wolontariuszy do tej pory nie byłoby wyników. W wyborach samorządowych praca w komisjach wymagały nie lada odporności psychicznej i fizycznej. W jednej – skończyło się śmiercią. Zmiana przepisów przyniosła nerwy, bałagan i chaos.

Dopiero wczoraj PKW podała ostateczne i kompleksowe wyniki wyborów. Tysiące osób zgłosiło się do zbierania i liczenia głosów w 26 tys. obwodowych komisji wyborczych. W wyniku zmian w ustawie procedowanych na życzenie PiS, musiało być ich dwa razy więcej, gdyż powołano komisje tzw. dzienne (dyżurujące przy urnach) i nocne (liczące głosy i przekazujące protokoły). W stolicy, skąd pochodzą bohaterowie naszego artykułu, było najciężej ze względu na tłumy który zjawiły się w niedzielę. Ania pełniła dyżur od godziny 6 rano (wyszła z domu o 5.30) do północy, Andrzej wrócił po 17 godzinach, ale on nie był rekordzistą. Otrzymaliśmy kilkadziesiąt sygnałów o bardzo trudnych warunkach i długim czasie pracy wolontariuszy. Do tragedii doszło w lokalu wyborczym na warszawskim Mokotowie; jedna z członkiń zmarła w trakcie pełnienia dyżuru. W Komorowie – członek komisji zmarł po powrocie do domu.

Dziś swój dyżur opisują nasi koledzy redakcyjni, a jutro opublikujemy tekst o rekordzistach (ponad 20 godzin to norma), którzy pracowali ciężko w komisjach różnego szczebla. O głosującym, który zjawił się po 40 latach i takim co chciał głosować już w sobotę, o workach, które krążyły taksówkami po mieście, o skrajnym wyczerpaniu opowiedzą m.in. Arek i Danka.

Anna Dysińska

– – – –

Ania – komisja numer 453, Warszawa, ul. Zwycięzców 44

Zacznijmy od pozytywów. Strumień, niekiedy potok, a czasem powódź chętnych do oddania głosu. Młodych, w średnim wieku, starszych i bardzo starych. Zdrowych i niepełnosprawnych, z dziećmi, psami i wielką chęcią do uczestniczenia w akcie wyborczym.

A teraz o bałaganie i chaosie.

Niezwykła, jak na polskie warunki frekwencja, przy niesłychanej szczupłości rąk do pracy (komisje 4- i 5-osobowe, a w spisach figuruje np. ok 2 tysięcy wyborców) oraz zmienione przepisy wyborcze powodowały długaśne kolejki. I jak to przy kolejkach – delikatnie mówiąc niezadowolenie wylewane głównie na przewodniczącą. „Co to ma znaczyć? jak długo mamy czekać? co to za organizacja? ja panią spiszę, ja pani pokażę, ja dam znać…” – krzyczeli oczekujący ci, którzy właśnie wyszli ze mszy w pobliskim kościele.

Prawdą jest, że ludzie byli zdezorientowani, bo wiele okręgów wyborczych zmieniło swoje granice, siedziby komisji znalazły się gdzie indziej niż byli do tego przyzwyczajeni. „Jak to? ja tu od lat głosuję i teraz to gdzie mam iść?”  pytali. „No nie wiem” – odpowiadam i mimo nawału pracy i braku takiego obowiązku, telefonuję na zajęte wiecznie numery spisu wyborczego dzielnicy. Jak się okazuje wszystkie komisje miały podobne kłopoty.

Dowiaduję się, tłumaczę, a i tak słyszę od wyborcy, że to wszystko moja wina. A czy nie można było przygotować odpowiedniej ilości obwieszczeń i umieścić ich np. na drzwiach do klatek schodowych? Moja spółdzielnia postarała się o to. Wiem, wiem, argument drugiej strony jest taki, że ludzie i tak nie czytają, tylko idą na pamięć. Ale takich przypadków byłoby mniej.

Brak wyborców w spisach

Fot. Włodzimierz Gidziela

Innym poważnym problemem był brak wyborców w spisach. Głównie młodych, bo ci rejestrowali się przez internet. Rzecz o tyle wygodna, co w tej sytuacji niebezpieczna. Program był niewydolny, źle ustawiony i w 99 % było wiadomo, że „internatowiec” nie znajdzie się na liście. Jeśli wysłał wniosek do Urzędu Dzielnicowego we wtorek, czyli w ostatni dzień możliwości rejestracji, to urząd miał trzy dni na jego rozpatrzenie i żadnej szansy na wcześniejsze sprawdzenie czy załączone są wszystkie dokumenty. A na stronie o konieczności ich załączenia nie było informacji. Szczerze było mi żal tych zawiedzionych młodych wyborców i pomyślałam sobie, że może właśnie straciliśmy ich, jako obywateli.

Do końca dnia miast cieszyć się ze święta demokracji, musieliśmy ratować sytuację. O północy wyszłam z lokalu wyborczego, z przeświadczeniem, że nie tylko parawany były z tektury, ale i państwo polskie.

Andrzej – komisja nr 465, Warszawa, ul. Meissnera 8B

Wielka jest naiwność człowieka, który nigdy w komisji wyborczej nie zasiadał i wydaje mu się, że to robota łatwa i przyjemna. Wystarczy sprawdzić dowód, odhaczyć na liście, a potem głosy policzyć. Tak mi się wydawało, dlatego ja wybrałem nocny dyżur. Zderzenie z rzeczywistością szybko pozbawia złudzeń.

Specjaliści od organizacji wyborów wymyślili zabójczy podział na komisje zbierające głosy i komisje liczące. Zwarcie na ich styku okazało się silniejsze od przewidywanych. 15-20-minutowa formalność z przekazaniem dokumentacji niemal w każdym wypadku przeciągała się do godzin. Piszący borykał się w tymi trudnościami prawie do północy. Tak więc prawdziwa praca, czyli liczenie głosów, zaczęła się z 3-godzinnym poślizgiem.

Potem uświadomiliśmy sobie, że to nie są jedne wybory lecz…  cztery osobne głosowania. Każdy z ok. 1600 wyborców w okręgu dokonał czterech wyborów, co podnosi liczbę decyzji do przeszło 6400. Wszystko to pięć osób w komisji musi DOKŁADNIE policzyć i zarejestrować. Jeden błąd i liczymy od nowa, a tych błędów zupełnie uniknąć się nie dawało.

Liczyliśmy przez 17 godzin bez przerwy. Od 23.40 w niedzielę do 13.50 w poniedziałek. Potem okazało się, że grubą na dobre kilka centymetrów stertę raportów trzeba… poprawić i wydrukować raz jeszcze, bo w korespondencyjnych głosach policzyliśmy 2, a nie 1.

Pozostało nam wytargać ciężkie, pełne papieru wory do samochodu, pojechać do wyborczej centrali w urzędzie dzielnicy i – odstać godzinę w kolejce, bo z innych OKW byli przed nami. Ale nie byliśmy najgorsi; z 80 komisji za nami zostało przeszło 30.

Pocieszyło nas zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego w Warszawie i fura głosów na Tomasza Kucharskiego na Pradze Południe. Przynajmniej na naszym terenie – nasi górą!

Polub nas na Facebooku