Jest się czego bać

polityka dot. wiatraków, węgla i ochrony powietrza
polecamy

Rządowa polityka dot. wiatraków, węgla i ochrony powietrza jest tam mniej konkretna niż smog – ten nas dusi nie zważając na pustosłowie, kłamstwa i obietnice PiS. A tymczasem…

Kilkanaście najbliższych lat będzie najważniejszych w historii ludzkiej obecności na Ziemi. Katastrofa klimatyczna nie będzie długotrwałym procesem. Po przekroczeniu punktu krytycznego nasz świat po prostu runie. Jego los decyduje się teraz.

Na początku października tego roku IPCC,czyli Międzyrządowy Panel ds. Klimatu przy ONZ opublikował szósty już w swojej historii zbiorczy raport, z którego wynika, że granicą, której w ogrzewaniu Ziemi nie powinniśmy przekroczyć, jest półtora stopnia Celsjusza. IPCC nie prowadzi badań, a jedynie streszcza stan ogólnej wiedzy. Nie ma dziś bardziej wiarygodnej instytucji przyglądającej się klimatowi Ziemi. Pod raportem podpisało się 91 naukowców z 40 krajów, którzy na warsztat wzięli 6 tysięcy projektów badawczych. Mamy tylko 12 lat na to, by ograniczyć zatruwanie atmosfery i wyhamować ocieplenie do półtora stopnia Celsjusza. Aby tak się stało, do 2030 roku musimy obniżyć emisję dwutlenku węgla o 45 procent, a do 2050 roku wyeliminować ją całkowicie. Jeśli nie zrobimy nic, za 32 lata Ziemia będzie cieplejsza o trzy stopnie.

Po drodze wejdzie w stan, w którym na każdym kroku będzie mogła przekroczyć tzw. punkty przełomowe. Gdy roztopią się lodowce Antarktydy, do atmosfery trafi uwięziony pod nimi metan, a Ziemia jeszcze bardziej się ogrzeje. Gdy zbytnio ogrzejemy Arktykę, naruszymy schemat prądów oceanicznych na Atlantyku, m.in. wygaszając Golfsztrom odpowiedzialny dziś za klimat połowy Europy.

Jeden ruch… i katastrofa

Klimatolodzy, coraz bardziej rozumiejąc potrzebę wysyłania w świat klarownych komunikatów, mówią już nie o ociepleniu, lecz o destabilizacji klimatu – ociepleniu nagłym i gwałtownym, a nawet o katastrofie klimatycznej.

W 2009 roku The Stockholm Resilience Center, międzynarodowa organizacja non-profit zajmująca się sprawami środowiska, zidentyfikowała dziewięć tzw. granic planetarnych, a więc parametrów gwarantujących utrzymanie stabilności charakterystycznej dla epoki holocenu, czyli ostatnich 4-5 tys. lat.

Znalazły się wśród nich:

  • stan warstwy ozonowej,
  • stopień zakwaszenia oceanów,
  • dostępność wody pitnej,
  • zanieczyszczenia chemiczne,
  • zanieczyszczenia atmosfery,
  • wykorzystanie powierzchni lądowych,
  • zaburzenia cykli biogeochemicznych,
  • zmiany klimatu oraz
  • tempo utraty ziemskiej bioróżnorodności.

Jeszcze ważniejsze jest to, że wszystkie dziewięć granic jest ze sobą ściśle powiązanych. Igranie z jedną prowadzi do rychłego zachwiania pozostałych. Wycinanie lasów zaburza stosunki wodne. Wzrost zakwaszenia oceanów wybija kolejne gatunki. Zanieczyszczanie atmosfery ogrzewa planetę.

W 2015 roku ta sama organizacja oznajmiła, że cztery z tych granic zostały już przekroczone. Dwie z nich: bioróżnorodność i zmiany klimatu uznano za kluczowe.

Apokalipsa u wrót

Nowy raport IPCC jest o tyle szokujący, że do tej pory progiem bezpieczeństwa wydawały się być dwa stopnie Celsjusza, o jakie wolno nam ogrzać planetę. Utrzymanie ocieplenia „znacznie poniżej” tej granicy było celem, na jaki zgodzili się sygnatariusze porozumień paryskich z 2015 roku (choć w dokumencie dodano, że jeszcze lepiej byłoby nie przekraczać wspomnianego półtora stopnia).

Kiedy naukowcy wysyłają do mediów i polityków kolejne ostrzeżenia, świat najpierw dziwi się, potem na chwilę pokornie pochyla głowy, a potem przerabia te komunikaty na memy. Wszyscy widzieliśmy zdjęcia wychudzonych niedźwiedzi polarnych dryfujących na samotnych krach, morskich ptaków uduszonych przez foliówki. Albo żółwi zaplątanych w resztki sieci rybackich. Słyszeliśmy o Wielkiej Pacyficznej Plamie Śmieci o powierzchni ponad 1,6 mln kilometrów kwadratowych, a więc pięć razy większej od Polski. Dziwimy się, że spośród masy wszystkich ziemskich kręgowców 30 procent to masa ludzi, 67 procent to kręgowce udomowione, a tylko 3 procent stanowi masa dzikich zwierząt lądowych. Albo, że w 2050 roku w oceanach będzie więcej plastiku niż ryb.

Rządowa polityka dot. wiatraków, węgla i ochrony powietrza jest tam mniej konkretna niż smog - ten nas dusi nie zważając na pustosłowie, kłamstwa i obietnice PiS.

Wszystkie te informacje w żaden sposób nie wpływają na naszą codzienność. Ciągle palimy węglem, jeździmy dieslami, pałaszujemy burgery, w milczeniu zbieramy sklepowe foliówki, a na naszych reprezentantów wybieramy polityków, którzy twierdzą, iż „dwutlenek węgla nie może być szkodliwy, skoro spożywamy go w napojach gazowanych” ( Zbigniew Ziobro w 2012 roku), a ten emitowany w Polsce „jest gazem życia dla żywych zespołów przyrodniczych, by stawały się coraz lepsze” (eks-minister środowiska Jan Szyszko).

Świat nauki dostarcza recept wyjścia z kryzysu. Nie chodzi o wynajdywanie nowych technologii, które zrewolucjonizują świat, ale o skuteczne wprowadzenie od dawna proponowanych rozwiązań. Podatki paliwowe, zaprzestanie wydobycia kopalin, sadzenie lasów na masową skalę, ograniczenie hodowli zwierząt, powiększanie obszarów bez ingerencji człowieka, bo dziś tylko 14 proc. wszystkich lądów i ledwie ponad 3 proc. oceanów jest objęte jakąkolwiek ochroną.

Apokaliptyczne wizje robią na nas małe wrażenie. Naoglądaliśmy się setek filmowych kataklizmów, widzieliśmy tonący Manhattan, asteroidy gruchoczące płaszcz Ziemi, huragany, tsunami, susze i powodzie. Kiedy więc równolegle z raportem IPCC Ministerstwo Środowiska publikuje liczący ponad sto stron dokument ze scenariuszami dla Polski, odbieramy go właśnie tak jak scenariusz. Zatopione Żuławy, pustynnienie województwa łódzkiego czy nieustanny stan zagrożenia powodziowego, jaki w 2030 utrzymywać się będzie na Opolszczyźnie, brzmią jak filmowa wizja, której na samym końcu ktoś zapobiegnie.

Skoro to najbliższe lata będą decydujące, kształt naszego życia w antropocenie (współczesnej epoce geologicznej zdominowanej działalnością człowieka ) wcale nie zależy od naszych dzieci, ale od nas samych.

Może więc, każdy musi wzorem Los Angeles, Houston, Nowego Orleanu czy Nowego Jorku samemu, dobrowolnie dołączyć do porozumień paryskich? Nie oglądając się na innych wyznaczyć własne cele, a potem regularnie spowiadać się z nich przed lustrem i swoimi dziećmi. Rewidować je i rozwijać. Zostać bohaterem w swoim domu. Zrezygnować z wołowiny, ograniczyć korzystanie z samochodu, zainwestować w hybrydę, bez przymusu płacić umowny podatek węglowy na cele środowiskowe (według wyliczeń serwisu CarboTax przeciętny mieszkaniec Polski powinien płacić 240 zł rocznie). Sumiennie segregować śmieci. Jedzenie na wynos kupować we własnych pojemnikach wielorazowego użytku. Docieplić dom tak, by zużywać jak najmniej energii. Na jego dachu zainstalować fotowoltaiczny panel nie bacząc na to, że to wciąż kosztowne przedsięwzięcie. Nie latać kilka razy w roku samolotem. Nie kupować elektroniki z Azji i owoców z Ameryki Południowej. Naprawiać, a nie wyrzucać. Sadzić drzewa, wspierać parki narodowe i przyrodnicze organizacje pozarządowe działające lokalnie. Walczyć o to, by sprawy środowiska na stałe weszły do politycznej debaty na szczeblu zarówno lokalnym, jak i państwowym, bo w 2030 rok wkroczymy raptem za trzy kadencje Sejmu.

KS

Na podstawie artykułu Adama Robińskiego Zmierzch epoki człowieka (Tygodnik Powszechny nr 43/2018)

Polub nas na Facebooku