Jedność w różnorodności

polecamy

Główną siłę napędową ruchów obywatelskich stanowiło spontaniczne połączenie dwu elementów: wspólnoty celu, czyli obrony wartości konstytucyjnych oraz stanowiącego istotę demokracji pluralizmu postaw i poglądów. Czas na nową jakość?

W ruchach tych skupili się ludzie różnych zawodów, wieku, upodobań, temperamentu i wrażliwości. Stworzyli miriadę środowisk, grup, stowarzyszeń i obywatelskich inicjatyw. Zaczęły kształtować się przesłanki niezbędne do powstania, a może odtworzenia, dojrzałego społeczeństwa obywatelskiego.

Z czasem w żywiołowości działań pojawiła się refleksja o potrzebie nadania całości bardziej uporządkowanej postaci, umożliwiającej znalezienie skuteczniejszych sposobów realizacji wspólnego celu. Nie wszyscy czuli ją w jednakowym stopniu i nie dla wszystkich była ona oczywista.  Zaczęły również padać różne odpowiedzi na pytanie, jak zapewnić podejmowanym działaniom większą sprawczość. Stopniowo wyłonił się obraz prezentujący dwie tendencje. Pierwsza uznała za wartość nadrzędną działań spontaniczność, która dopuszcza jedynie lepszą komunikację i koordynację inicjowanych wydarzeń wyrażających się w akcjach bieżących i bezpośrednich. Druga koncentrowała się na wypracowaniu podstawy programowej wykraczającej poza działania doraźne, co mogłoby uczynić z żywiołu obywatelskiego poważnego partnera, a przynajmniej kompetentnego recenzenta partii politycznych.

Zbiorowa mądrość ruchów obywatelskich nakazywałaby postrzegać te dwie tendencje jako komplementarne, a nie kontradyktoryjne. Mogłyby one stanowić doskonale uzupełniające i wzajemnie się napędzające energie. Nie ma żadnych zasadniczych powodów, dla których musiałyby one wejść ze sobą w konflikt. Aby jednak spotkanie tych dwu tendencji było możliwe, niezbędnym jest przyjęcie za fakt obiektywny, że ludzie zaspokajają swoją potrzebę zaangażowania w różny sposób. Jedni czują się lepiej w organizowaniu różnego rodzaju eventów ulicznych i kreowaniu ich spektakularnych scenariuszy. Drudzy prowadzą kursy i szkolenia propagujące wiedzę o państwie i prawie. Inni monitorują zachowania polityków i dostarczają pomocy prawnej osobom represjonowanym. Inni wreszcie organizują seminaria i konferencje poświęcone różnym aspektom życia publicznego. Trudno zresztą wymienić wszystkie formy prowadzonej działalności, jest ich całe spektrum. Wartościowanie ich byłoby nie tylko moralnie naganne, ale pozbawione elementarnego sensu.

Oddanie wszystkim należnego szacunku, nie zwalnia jednak od trudu ciągłej weryfikacji, na ile podjęte działania przybliżają do osiągnięcia wyznaczonego celu. Co więcej, każą również pytać, czy wszyscy rozumieją ten cel dokładnie w ten sam sposób. Bez takiej refleksji, manifestacje uliczne mogą, prędzej czy później, przybrać charakter  wesołych happeningów, a panele dyskusyjne przejść w akademickie ględzenie.

Dialog jest potrzebny

Nie można zapominać o okolicznościach, które skłoniły tak wiele osób do zaangażowania się w ruchy obywatelskie. Przejęcie władzy przez PiS w 2015 nie było wypadkiem, który może zdarzyć się nawet dojrzałej demokracji. Było raczej złą odpowiedzią na liczne mankamenty funkcjonowania klasy politycznej i państwa polskiego. Błędy i zaniedbania, które nawarstwiały się latami, psuły ład instytucjonalny państwa i podważały zaufanie obywateli do jego organów. Narastało niezadowolenie dużej części społeczeństwa, która stała się podatna na populistyczne hasła niosące obietnice przywrócenia godności i „powstania z kolan”. PiS hojnym rozdawnictwem pieniędzy budżetowych w części zaspokoił te oczekiwania, dlatego jego ekscesy konstytucyjne nie spotkały się z tak szeroką reakcją społeczną, jak na to zasługiwały. Dla wyborców Zjednoczonej Prawicy program Prawa i Sprawiedliwości głoszony przez Nowogrodzką, okazał się bardziej przekonujący niż zasady prawa i sprawiedliwości głoszone przez Trybunał Konstytucyjny. Zepchnięte do sejmowego narożnika partie opozycyjne nie były w stanie powstrzymać pisowskiego walca miażdżącego normy państwa prawa. Rolę tę przejęła w dużej mierze ulica, ale również uliczne manifestacje mają swoje ograniczenia. Po trzech latach rządów, obóz „dobrej zmiany” może ciągle liczyć na poparcie około 40% elektoratu. Prosta arytmetyka wydawałaby się wskazywać, że wystarczy zebrać głosy pozostałych 60% na jednej liście wyborczej, aby odnieść pewne zwycięstwo. Niestety, fragmentaryzacja partii demokratycznych nie jest wynikiem ich rozbicia, lecz naturalnym stanem politycznego pluralizmu. Partie dzielą nie tylko różnice programowe, odzwierciedlające interesy różnych elektoratów, lecz również życiowe interesy partyjnych establishmentów. Czołowa siła opozycyjna, która pretenduje do roli głównego architekta wspólnej listy, Platforma Obywatelska, jest wygodnym przeciwnikiem dla partii Jarosława Kaczyńskiego. Jest nie w pełni wiarygodna w krytykowaniu PiS-u, który łatwo jej wypomina błędy przeszłości (te prawdziwe i te urojone), wysyłając społeczeństwu komunikat, iż opozycji totalnej idzie jedynie o to, żeby „było tak jak było”.  Na ten demagogiczny argument partie opozycyjne nie mają dotąd dobrej odpowiedzi. A suweren, w ogromnej większości – co prawda z różnych powodów – nie chce powrotu do Polski sprzed 2015 roku.

Priorytety – dwóch Polaków, trzy zdania

W tym kontekście powraca pytanie o cel ruchów obywatelskich. Jedni formułują go lapidarnie – jest nim odsunięcie PiS-u od władzy. Drudzy wskazują, iż tak zdefiniowany cel abstrahuje od przyczyn, które umożliwiły tej formacji przejęcie władzy – nie znikną one przecież z naszego życia społecznego po porażce PiS-u. Jeśli partie opozycyjne nie kwapią się do krytycznej analizy przeszłości, zadanie to powinno zostać podjęte przez ruchy obywatelskie. Ta kwestia łączy się z pytaniem o relacje ruchów obywatelskich i partii opozycyjnych.

Dość popularny w szeregach obywatelskich demokratów jest pogląd, iż całą aktywność należy skierować na poparcie partii opozycyjnych, ograniczając się do żądania, by stworzyły one zjednoczony, antypisowski front. Najważniejsze są więc działania profrekwencyjne i mobilizowanie prodemokratycznych wyborców. Występujący w tym wariancie ruch obywatelski przypomina honorowych dawców krwi, którzy w przeświadczeniu, że ich bezinteresowna ofiara służy szlachetnej sprawie, nie pytają beneficjentów o szczegóły operacji.

Inni idą dalej. Przekonani, że partie polityczne mają wrodzoną skłonność do wyradzania się w organizacje partykularnych interesów, przypominają im o etosie służby publicznej, usiłując wymusić na nich zachowania, które mocniej kotwiczą je w społeczeństwie obywatelskim. Stąd biorą się postulaty programowe, od których spełnienia uzależniają swoje poparcie.

Trudno byłoby zanegować fundamentalny charakter wskazanych wyżej dylematów. Powinny być więc one przedmiotem debaty, w której uczestniczą wszystkie środowiska i ruchy obywatelskie. Trudno sobie wyobrazić, by mogła ona odbywać się podczas ulicznych demonstracji. Potrzebne jest minimum samoorganizacji, wspólnie wybrany czas i miejsce. Spokojna dyskusja i racjonalna argumentacja będą świadczyć o dojrzałości i dobrej woli. Są to cechy, których deficyt obserwujemy nagminnie wśród polityków. Zjawiskiem, którego skutków boleśnie jako społeczeństwo doświadczamy, jest brak umiejętności i skłonności do dialogu, choć słowo to jest bezlitośnie nadużywane. Najwyższy czas, aby ruch obywatelski dowiódł, że jest to w Polsce możliwe. Jeśli nie sprosta temu wyzwaniu, roztrwoni niemały potencjał, jaki udało mu się stworzyć i przejdzie do historii jako miłe (dla niektórych), kombatanckie wspomnienie.

Andrzej Kostarczyk, Konwersatorium im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego

Polub nas na Facebooku