Zachciało się nam

Zachciało się nam - deforma szkoły
polecamy

Widoki na przyszłość, czyli kilka słów o prognozach dla polskiego szkolnictwa w nadchodzącym roku.

Kupując bułki w sklepie, od znajomej sprzedawczyni usłyszałem standardowe już pytanie: „Co to teraz będzie z tą szkołą?”.

Zwykle potem słyszę: „Czy dostaliście już podwyżki, jak mówili w telewizji?” oraz „Szukam kogoś do korepetycji dla mojego dziecka”. Słysząc notorycznie tego typu pytania postanowiłem odpowiedzieć wszystkim zainteresowanym stanem polskiej edukacji, cytując Kazika Staszewskiego: „Widoki na przyszłość są raczej nieciekawe”. Co zatem dzieje się obecnie w polskim szkolnictwie?

Przywykliśmy do świadomości istnienia instytucji szkoły – można wręcz powiedzieć, że jest to jedno z nielicznych doświadczeń łączących kolejne pokolenia Polaków. Szkoła była, jest i… będzie? Prawdopodobnie tak, chociaż prognozy pokazują, że jej kształt zmieni się diametralnie, a w nowej szkole, która nadciąga wraz z wdrażaną w życie reformą edukacji (lub deformą, jak kto woli), nic nie będzie takie jak dawniej.

Czego możemy się spodziewać z nowym rokiem

Oczywiście likwidacji gimnazjów – w roku szkolnym 2018/2019 kończy swoją edukację ostatni rocznik gimnazjalistów. Wokół dyskusji o sensie likwidowania gimnazjów toczyła się dyskusja parę lat temu, dziś należy pogodzić się z faktem, jakim jest likwidacja szkoły III etapu edukacyjnego. Dla wszystkich, którzy cieszyli się z powrotu do systemu ośmioletniej szkoły podstawowej, mam złą wiadomość: wasza radość jest przedwczesna. Likwidacja gimnazjów nie będzie dla nikogo przyjemna.

Po pierwsze, likwidowane gimnazja nie staną się liceami, w których młodzież będzie miała możliwość zdobycia wykształcenia ogólnego. Jak donosiła „Gazeta Wyborcza”, tylko w samej Warszawie 51 gimnazjów przekształciło się w szkoły podstawowe, jedynie 8 zostało liceami lub technikami (z preferencją techników). Oznacza to, że większość przyszłych absolwentów szkół podstawowych trafi do szkół branżowych lub techników, natomiast jedynie nieliczni spośród nich będą mogli uczyć się w czteroletnim liceum, w pełni przygotowującym do dalszych studiów. Poważnie utrudniliśmy przez to możliwość awansu społecznego pokoleniu młodych Polaków – gimnazja dawały możliwość opuszczenia murów szkoły podstawowej po sześciu latach, i jeśli udało się dostać do „dobrego” gimnazjum, napisania egzaminu gimnazjalisty z dobrym wynikiem, co uprawniało do podjęcia nauki w liceum ogólnokształcącym. Obecnie, jeśli dziecko trafi do „gorszej” szkoły podstawowej, nie zostanie przygotowane do egzaminu ośmioklasisty, a przez to straci możliwość dostania się do liceum. Zabraknie pośredniego ogniwa, jakim było gimnazjum – szkoła, która weryfikowała wiedzę ucznia zdobytą przez sześć lat edukacji.

 „Przejściowe problemy”

Dotyczą szkół, które muszą przygotować się na przyjęcie we wrześniu dwukrotnie większej ilości uczniów – w tym roku do szkół ponadpodstawowych przyjdzie skumulowany rocznik – zarówno ostatni w historii absolwenci gimnazjum, jak też pierwsi w historii absolwenci ośmioletniej szkoły podstawowej – według szacunków, będzie to ok. 40 tys. osób. Gdzie pomieścić dwa razy więcej uczniów? W grudniu wypłynęła na światło dzienne irracjonalna propozycja, by w Warszawie uczniowie uczęszczali na zajęcia w soboty. Jeśli pomysł ten zostanie wdrożony w życie, strach pomyśleć, jakie odszkodowania Polska będzie musiała płacić ewentualnym uczniom, którzy wygrają przed sądami procesy o łamania praw dziecka, w tym prawa do czasu wolnego.

O ile oczywiście uczniowie „podstawówek” wytrzymają i podołają wymaganiom nauczycieli, którzy każą uczyć się coraz więcej. Już pół roku temu w Polsce było głośno, gdy uczniowie zażądali od minister edukacji, by nauczyciele zadawali mniej prac domowych. I tutaj, drodzy rodzice, mam kolejną uwagę – przeciętny nauczyciel nie zadaje prac domowych, dlatego że chce w ten sposób poniżyć młodego człowieka. Nauczyciel jest zobowiązany, by podczas cyklu nauczania zrealizować wszystkie zapisy podstawy programowej. Zamiast nauczycieli, trafniej będzie oskarżać ministerstwo edukacji o przygotowanie i narzucenie nauczycielom wyśrubowanej i oderwanej od rzeczywistości podstawy programowej, czyli materiału, który uczeń powinien znać po zakończeniu szkoły. Z momentem opublikowania tego dokumentu wybuchła duża dyskusja, która po wylaniu litrów atramentu ograniczyła się do lakonicznego wniosku – liczba godzin lekcyjnych, podczas których nauczyciel powinien wyjaśnić uczniom zawiłości swojego przedmiotu, jest zbyt mała. Z tego powodu część materiału uczeń musi opracowywać samodzielnie w formie pracy domowej, co tak dziwiło rodziców.

Zła prognoza dla nauczycieli

Wkrótce może się okazać, że przeciętne wspomnienie każdego Polaka ze szkoły, czyli leciwa nauczycielka nudząca o Mickiewiczu, odejdzie w niepamięć. W przeciągu ostatnich lat można zaobserwować proces, gdy starzy nauczyciele odchodzą na zasłużoną emeryturę, natomiast młodzi absolwenci studiów nie garną się do tego zawodu. Powód tego jest dość prozaiczny – zarobki. Obecnie poczatkujący nauczyciel zarabia około 2000 zł brutto, czyli 1400 zł „na rękę” (chociaż, według minister Zalewskiej, było to 2087 zł). Po odliczeniu podatków pieniędzy zostaje wyjątkowo mało. W dodatku w miastach większość młodych ludzi wynajmuje mieszkania – jeśli od pensji nauczyciela odejmiemy koszty wynajmu mieszkania, budżet miesięczny zostanie tak okrojony, że po miesiącu życia za tą kwotę automatycznie będzie nam przysługiwał tytuł „mistrza roku w dyscyplinie: survival”. Może się to wydać dziwne, ale za tą pensję nauczyciel pracuje ok. 50 godzin w tygodniu (18 godzin tygodniowo prowadzenia lekcji, następnie przygotowywanie lekcji na kolejny dzień, tworzenie i ocenianie sprawdzianów i kartkówek, praca, jako wychowawca itd.).

To właśnie z powodu niskich zarobków młodzi nauczyciele odchodzą z tego zawodu, a dyrektorzy wciąż gryzą się potrzebą szukania nowych pracowników. Dla nauczycieli języka przyszłość klaruje się jasna – szybko wchłaniają ich wszelakie korporacje, dla których dobrze wykształcony człowiek znający dwa języki obce jest godnym inwestycji pracownikiem. Ci z nauczycieli, którzy dalej chcą realizować się w swoim zawodzie, wybierają szkoły prywatne, oferujące nie tylko większy zarobek, lecz również lepsze warunki pracy, dające więcej godzin dla realizacji materiału. Dzięki temu nauczyciel nie musi wytężać umysłu i wspinać się na wyżyny kreatywności, by w ciągu czterdziestu pięciu minut opowiedzieć o Powstaniu Warszawskim – dostaje na to trzy godziny, gdy może nie tylko wyjaśnić zawiłości historyczne, lecz również pokazać kroniki filmowe z tamtego okresu lub w inny sposób urozmaicić lekcję, starając się zainteresować nią uczniów. W tym przypadku szkoły prywatne stoją na wysokim poziomie, jednak… nie każdego stać na opłacenie roku nauki swojego dziecka w takiej placówce. Boję się, że jeśli zarobki nauczycieli nie wzrosną, opisywany powyżej proces może stać się nagminny. Wtedy okaże się, że możliwość otrzymania dobrego wykształcenia wiąże się z edukacją w szkole prywatnej, na którą nie każdego stać. Jeśli do tego dojdzie, wówczas opowieści o wyrównywaniu szans życiowych bogatej i biednej młodzieży możemy schować między bajki, lub emitować na pasku w TVP Info.

Prognoza dla polskiego szkolnictwa na następne lata.

Na reformę szkolnictwa już nic nie zaradzimy. „Ruszyła maszyna, już nikt nie zatrzyma, kto wejdzie pod koła, ten uciec nie zdoła”, jak głosiła jedna z poznańskich grup hip-hopowych. Nadzieja pozostaje jedynie w zmianie podstawy programowej szkoły podstawowej – obecna jest zbyt przeładowana materiałem, by przeciętny nastolatek potrafił ją opanować, znajdując przy tym czas na życie towarzyskie. Równocześnie, z powodu niskich zarobków, powoli zaczyna brakować nauczycieli, którzy będą chcieli przybliżyć uczniom wiedzę – jednak nauczyciel, jak każdy człowiek, woli pracować tam, gdzie ma szansę otrzymać większe zarobki. Opowieść o podwyżkach proszę na razie schować między bajki – póki co, nic takiego do szkół nie dotarło.

Po co w takim razie była nam reforma edukacji? Tego nikt nie wie. Jaka przyszłość się rysuje przed naszymi dziećmi? Tutaj, na zakończenie niniejszego artykułu, warto wrócić do Kazika Staszewskiego i rozwinąć jego słowa, które posłużyły za tytuł artykułu: „Widoki na przyszłość są raczej nieciekawe – zachciało się nam iść na wyprawę”.

Mikołaj Łuczniewski

Nauczyciel w jednym z warszawskich liceów

Tekst pochodzi z współpracującego z nami Biuletynu Praskiego, który w całości jest do pobrania na naszej stronie.

Polub nas na Facebooku