O okrągłym stole po latach

O Okrągłym Stole i polskim syndromie
Fot. Adrian Grycuk [CC BY-SA 3.0 pl (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/pl/deed.en)], z Wikimedia Commons
polecamy

Czyli, co z polskiego doświadczenia może przydać się innym.

Wychodzenie ze stanu wojennego poprzez rozmowy i porozumienie było dla przywódców “Solidarności” czymś oczywistym i naturalnym. Było to o tyle oczywiste, że „związek” był „poczęty” z porozumienia (Sierpniowego) i budowany na zasadzie, że z drugą stroną się rozmawia i poprzez rozmowy i porozumienie rozwiązuje się każdy konflikt. Nauka ta płynęła z doświadczenia, jakim był siedemdziesiąty rok. Pamięć śmierci i ran ludzi na ulicach i placach Trójmiasta i Szczecina była w osiemdziesiątym roku wskazówką dla strajkujących. W Ursusie i Hucie Warszawa najbliższa była pamięć o doświadczeniu roku 76. Manifestacje na ulicach i torach nie przyniosły wolności. Kiedy w 82 roku, po kilku miesiącach stanu wojennego, “Solidarność” została zdelegalizowana, stało się jasne dla konspiracyjnego kierownictwa “Solidarności”, że ponownie rozpoczynamy walkę o prawo do legalnego działania naszego Związku. Tak, jak podczas sierpniowego strajku w 80-tym roku, tak i w czasie całego stanu wojennego Lech Wałęsa powtarzał, że zakończenie konfliktu jest możliwe tylko przez rozmowy i porozumienie. Wzywał do tego uparcie nawet wtedy, gdy inni działacze, także ja, żądaliśmy od Lecha, by tego gadania o porozumieniu zaprzestał. To jednak Lech Wałęsa miał rację. Po pierwsze, samo rozwiązanie konfliktu na drodze porozumienia ma w sobie wielką wartość. Dla obywateli oznacza to po prostu mniej ofiar, mniej kosztów. Świadomość, że możliwe jest rozwiązanie konfliktu na drodze rozmów nie wywołuje strachu, nie rodzi obaw o ból i cierpienie, o życie i zdrowie. W tym sensie zasada rozmawiania ma swe źródło w głęboko rozumianych wartościach chrześcijańskich. Strategia rozmów dawała stronie społecznej drugą ważną rzecz – siłę. “Solidarności”, mając szerokie poparcie społeczne, skupiała wokół siebie niemal całą aktywną opozycję. To gwarantowało spójną organizację, jednolite, akceptowalne kierownictwo i poparcie ze strony zachodnich demokracji. To było możliwe tylko dzięki naszej strategii walki bez przemocy. Wiedział to dobrze Lech Wałęsa i konspiracyjne kierownictwo “Solidarności”. Widzieli to dobrze nasi partnerzy za granicą – ośrodki polonijne, związki zawodowe, komitety Solidarności. Wiedział to także Papież. Rozumiał nas dobrze i wspierał. Piszę o tym nie przypadkowo.

Do ostatniego tchu

Po wprowadzeniu stanu wojennego wielu działaczy, wielu doradzających nam ludzi stwierdziło, że epoka “Solidarności” już się skończyła. Rodziły się więc koncepcje tworzenia chadeckich związków zawodowych, partii politycznych. Wielu ludzi gotowych było angażować się w te nowe inicjatywy polityczne. Prowadziłoby to nieuchronnie do rozbicia obozu solidarnościowego. Te pomysły polityczne były po prostu głupie. Ze skali tego zagrożenia zdałem sobie sprawę dzięki rozmowie z Adamem Michnikiem. Kiedy spotkaliśmy się po jego wyjściu z więzienia, nie mówił o niczym innym, tylko o potrzebie trwania przy “Solidarności”. Ale nas nie trzeba było do tego przekonywać. Patrzyliśmy więc na niego i słuchaliśmy go zdumieni. Zaklinał nas, abyśmy nie rezygnowali, był gotów sam schodzić do podziemia, dopytywał się, czy nie mamy jakichś innych “pomysłów politycznych”. Nie mieliśmy! Usłyszał to od nas ze trzydzieści razy. Zapewnialiśmy go, że zamierzamy trwać przy “Solidarności” do ostatniego tchu. Tylko w niej widzimy szansę na ostateczne zwycięstwo naszych ideałów. Siła sprawcza konspiracyjnego kierownictwa “Solidarności” była dostatecznie duża i zdołaliśmy uchronić się przed rozbiciem. Gdy więc Generał Jaruzelski dojrzewał do decyzji o podjęciu rozmów, na scenie politycznej najważniejszym podmiotem pozostawała “Solidarność” z Lechem Wałęsą na czele. Gdyby Wałęsa zrezygnował ze strategii rozmów, rezygnowałby tym samym z “Solidarności” jako głównej siły politycznej. Wielu działaczy przystąpiłoby do realizacji własnej koncepcji. Wojna na górze rozgorzałaby parę lat wcześniej.

Dla strony opozycyjno – solidarnościowej najważniejsza była legalizacja naszych organizacji. Pisząc “naszych” mam na myśli związek “Solidarność”, “Solidarność” Rolników Indywidualnych, Niezależne Zrzeszenie Studentów, związki twórcze i naukowe. Strona koalicyjno-rządowa od razu postawiła kwestię naszego udziału we władzy. Nie było to nowe. Na kilka dni przed stanem wojennym Jacek Kuroń opublikował artykuł na temat „rządu porozumienia narodowego”. Oferta Kiszczaka (czytaj Jaruzelskiego) była więc podjęciem idei sformowanej przez Jacka Kuronia. Sama kwestia udziału “Solidarności” we władzy stanęła na spotkaniu Jacka Kuronia z pracownikami “Ursusa” na jesieni 81 roku. Kuroń przedstawił tam całą paletę reform, które “Solidarność” zamierza realizować. Począwszy od gospodarki przez służbę zdrowia, oświatę, kulturę, naukę na samorządzie terytorialnym kończąc. Kiedy jednak Jacek stwierdził, że “Solidarność” nie zamierza rządzić, jeden z robotników spytał go – jak w takim razie zamierza te wszystkie piękne reformy realizować bez udziału we władzy? Pytanie było celne. Jacek Kuroń nie miał na to odpowiedzi. Aby jego mówienie  o reformach miało sens, musiał po prostu zmienić zdanie. W 81 roku możliwości rządu porozumienia narodowego, jeśli w ogóle taki rząd był możliwy, byłyby ograniczone doktryną i instytucjami ówczesnego systemu politycznego i sytuacją geopolityczną. W 89 roku mogliśmy już stawiać warunki o charakterze systemowym. Hasła „pieriestrojki” (przebudowy) i „głasnosti” (jawności) w Rosji stwarzały satelickim krajom nowe możliwości. Aby je dostrzec odpowiednio wcześnie, trzeba było wielkiej wyobraźni i inteligencji. Wielu dzisiejszych kontestatorów Okrągłego Stołu uważało w tamtym czasie, że Związek Sowiecki trzyma się mocno. Miało to oznaczać, że nie ma warunków geopolitycznych i tym samym możliwości uzyskania w rozmowach zmian o charakterze systemowym. Odpowiednio inteligentnej osobie obserwacja wydarzeń w Rosji podpowiadała coś innego, że sytuacja zmienia się radykalnie i szybko. Należało więc równie szybko przystępować do rozmów, by stać się liderem zmian w tej części Europy. Alternatywna strategia oznaczała czekanie. Jednak czekać w takim momencie, to pozwolić, by przypadek decydował kto, gdzie i jakimi metodami rozpocznie demontaż systemu. Wtedy, zamiast być podmiotem polityki, stalibyśmy się obiektami w grze, którą prowadzą inni. Zdumiewa mnie, że jeszcze dzisiaj, gdy widać całą nędzę tego podejścia, wciąż słyszę polityków głoszących, że powinniśmy zaczekać. Moim zdaniem, to właśnie takich ludzi Józef Piłsudski nazywał karłami polityki. Znalazło się w obozie solidarnościowym dość ludzi, zdolnych do prawidłowej oceny sytuacji i wykorzystania historycznej szansy. Zdołaliśmy uporać się ze wszystkimi barierami, z własnymi oporami i wynegocjować dobrą umowę.

Pokojowo, ale stanowczo

Umowa Okrągłego Stołu oznaczała całkowitą przebudowę ustroju państwa. W jej wyniku naród odzyskiwał suwerenność. Umowa stała się źródłem prawa III Rzeczypospolitej. Widzimy to w konkretnych instytucjach władzy, jak Senat czy urząd prezydenta. Widzimy także w konkretnych normach prawa konstytucyjnego. Jeśli w art. 65 p. 5 czytamy, że Władze publiczne prowadzą politykę zmierzającą do pełnego, produktywnego zatrudnienia , to jest to zapis przeniesiony wprost z Porozumień Okrągłego Stołu. Także przepis ograniczający dług publiczny (art. 216 p. 5) i deficyt budżetowy (art.. 220 p. 2) może być utożsamiany z odpowiednimi ustępami Porozumienia. Nie chcę jednak, aby oceniać tę „Umowę” przez pryzmat konkretnych norm czy instytucji. Ważne i cenne dla mnie jest raczej to, że przebudowę państwa zaczyna Umowa, a nie “zdobycie Bastylii”. Rewolucja bowiem, jak to już ktoś napisał, daje radość raczej tłumom niż obywatelom. Po zdobyciu Bastylii czy Pałacu Zimowego czeka obywateli raczej głód niż dobrobyt. Gospodarka narodowa przez dziesiątki lat po zbrojnej  rewolcie trwa w regresie. W naszym kraju, Porozumienie okazało się fundamentem gospodarczego wzrostu.

Od pierwszej chwili po podpisaniu Porozumienia wskazuje się na jego ułomność. Ma nią być na przykład kontraktowy charakter Sejmu X kadencji. Zgodnie z polską tradycją można i należy uznać go za Sejm konfederacyjny, czyli przejściowy, wprowadzający postanowienia konfederacji. Takich ustępstw w sferze układu sił jest oczywiście sporo. Jednak ci, co wskazują na nie palcem odwracają naszą uwagę, a może nie widzą rzeczy fundamentalnej, że w sferze wartości “Solidarność” odniosła stu procentowe zwycięstwo. Mówię tu o tym, że wizja Polski jaka wyłoniła się z Porozumienia jest oczywista – demokratyczny ustrój państwa, gospodarka wolnorynkowa, sądownictwo niezawisłe, słowo i twórczość artystyczna i naukowa wolne. Przejściowy charakter czy nieadekwatność wielu rozwiązań nie zmienia tej fundamentalnej wymowy całego kontraktu. Z tego punktu widzenia strona solidarnościowo/opozycyjna ma prawo czuć się stuprocentowym zwycięzcą. W sferze idei negocjatorzy naszej strony wygrali wszystko, o co walczyli. Wielu jest jednak działaczy, którzy mierzą zwycięstwo ilością stanowisk, które mogą zająć. To właśnie oni podważają dzisiaj sens Okrągłego Stołu i wszędzie widzą „złogi komunizmu”.

Już po 4 czerwca 89 roku Umowa poddana została sprawdzianowi, co do intencji stron, które ją podpisały. Strona opozycyjno-solidarnościowa rywalizowała w wolnej grze sił o 261 mandatów do parlamentu (100 do Senatu i 161 do Sejmu). Werdykt obywateli był jednoznaczny: W Sejmie “Drużyna Lecha Wałęsy” otrzymała wszystkie 161 miejsc, zaś w Senacie – 99. To było jego wielkie zwycięstwo. Wola obywateli została uszanowana. Misja tworzenia rządu przekazana została ostatecznie “Solidarności”. Słowa Porozumienia o “urzeczywistnieniu suwerenności narodu” okazały się prawdziwe. Pomimo formalnej przewagi strony koalicyjno-rządowej (65% miejsc w Sejmie) strona ta podporządkowała się rzeczywistemu werdyktowi wydanemu przez obywateli. Rozpoczyna się realizacja dwóch scenariuszy przewidzianych przez Adama Michnika. Jeden – biały, wspaniały, świetlisty, znany z hasła „wasz prezydent, nasz premier”. Solidarnościowy rząd rozpoczyna epokowe dla naszego państwa reformy. Układ polityczny, który powstał, możemy określić mianem wielkiej koalicji. To znana konstrukcja polityczna. Budowana jest, gdy trzeba przeprowadzić państwo i naród przez najtrudniejsze reformy, szczególnie gospodarcze. “Wasz prezydent, nasz premier” to w istocie program wielkiej koalicji. Tadeusz Mazowiecki uzyskuje jako premier niemal nieograniczony kredyt zaufania. Parlament akceptuje wszystkie wniesione przez jego rząd projekty. Dzięki temu w spokoju wprowadza III RP w rodzinę państw demokratycznych o wolnorynkowej gospodarce. Obok białego scenariusza realizuje się jednak także czarny. Lech Wałęsa nie ogarnął wyobraźnią tego, czego sam dokonał. Najpierw, wietrząc podstęp, wycofał się z kandydowania do Sejmu. Znamy Lecha dobrze. Jasne stało się, że trzeba będzie bronić solidarnościowych parlamentarzystów przed atakami samego pryncypała. Tak też było. Ale Wałęsa zachował się lękliwie także wtedy, gdy przyszło obejmować urząd premiera. Zamiast rządzić, Lech postanowił krytykować.

Pierwszy atak na Tadeusza Mazowieckiego usłyszałem z ust Lecha Wałęsy już trzeciego dnia po nominacji. Trafiła jednak kosa na kamień. Tadeusz był równie twardy i hardy zarazem, jak Wałęsa. Ktokolwiek myślał, że uczyni z Mazowieckiego powolne sobie narzędzie, musiał słabo znać Tadeusza. To, co w polityce Mazowieckiego było krytykowane i atakowane – wstrzemięźliwość wobec drugiej strony – było siłą i wielkością tego rządu, pozwalało utrzymać stan wielkiej koalicji i reformować państwo. Wszystko, co w polskich reformach wielkie i cenne, jest efektem tamtego czasu.

Co by było gdyby?

Możemy lepiej zrozumieć Okrągły Stół, jeśli rozpatrzymy alternatywny scenariusz. Zakładał on, że trzeba poczekać aż Jaruzelski tak osłabnie, że będziemy mogli wziąć władzę bez żadnych układów i ustępstw. Dzisiaj widać wyraźnie, że taka wizja była racjonalna. Tak rzeczywiście mogło się stać. Warto jednak przyjrzeć się bliżej różnym szczegółom takiego biegu zdarzeń. Pierwsze pytanie brzmi, na co czekać? Nikt chyba nie spodziewał się, że Jaruzelski nakaże swoim ludziom opuszczenie Urzędu Rady Ministrów i wywieszenia tabliczki – Wszystkie stanowiska wolne!  Czekanie mogło oznaczać tylko jedno, że zacznie ktoś inny. Mogły to być Węgry, Czechosłowacja, ówczesne NRD. Dobrowolne oddawanie palmy pierwszeństwa, to skazywanie polityki państwa na marginalizację. Ile czasu poświęciliby Polsce wielcy tego świata, gdyby upadek muru berlińskiego był pierwszym wydarzeniem w tej części Europy? Czy politycy niemieccy chodzący w chwale tych, co obalili komunistyczny system, zajmowaliby się integrowaniem Polski z NATO i Unią Europejską? Wątpię. Warto także pomyśleć, jak rozwijałaby się nasza sytuacja wewnętrzna. Czy byłoby możliwe, żeby obóz solidarnościowy pozostał zwarty? Jestem dziwnie pewien, że wojna na górze wybuchłaby w tej samej chwili, w której upadłby system komunistyczny. Nie będąc liderem zmian, tocząc swoją wojnę na górze Polska nie byłaby graczem w europejskiej lidze. Byłaby jedynie piłką w grze prowadzonej przez innych.

Okrągły Stół jest przywoływany przez wielu polityków, raczej za granicą niż w kraju, jako przykład niemal idealnego modelu wychodzenia z dyktatury czy wręcz wojny domowej. Jeśli ktoś chciałby skorzystać z tego wzoru, to warto wskazać na kilka problemów, które ujawniły się wraz z upływem czasu.

Pierwsza, prosta obserwacja prowadzi mnie do wniosku, że porozumienie jest możliwe tylko wtedy, gdy do stołu zasiadają wszyscy najważniejsi i najbardziej wpływowi działacze i politycy. Wszyscy, którzy poczują się odsunięci od rozmów lub będą niezadowoleni z miejsca lub rangi przy stole, będą rozmowy i porozumienie krytykować i sabotować. Jeśli uznają to za skuteczne, nie cofną się nawet przed oskarżeniem o zdradę. Nie powstrzyma ich w oskarżaniu żaden autorytet. W przypadku polskiego Okrągłego Stołu, nie zważa się nawet na stanowisko Papieża, który wsparł Go jasno i wyraźnie.

Socjotechnika nie taka zła

Druga obserwacja i zarazem rada dotyczy roli świadka. Jest on niezbędny, bowiem gdy walczymy, chcemy przeciwnika pokonać całkowicie, zmusić go do kapitulacji. To się jednak rzadko udaje. Zarazem, gdy jest czas walki, najwyżej ceni się twardych i niezłomnych, gotowych walczyć do pełnego zwycięstwa. Problem powstaje w chwili, gdy kierownictwo (ruchu, organizacji, opozycji) dochodzi do wniosku, że nie jest w stanie zmusić drugiej strony do kapitulacji. Myśl o porozumieniu jawi się dla “twardych i niezłomnych” jako zdrada. Wielu działaczy solidarnościowej konspiracji tak właśnie oceniło Okrągły Stół i zrezygnowało z działalności. Okazali przy tym sporo wstrzemięźliwości nie atakując wprost Lecha Wałęsy i innych przywódców “Solidarności”.

Trzecim elementem, pod pewnym względem najważniejszym, jest miejsce rozmów i sposób funkcjonowania zaplecza. Dzisiaj nie mam wątpliwości, że rozmowy winny się toczyć w miejscu neutralnym. Związane jest to między innymi z funkcją gospodarza spotkania. Musi on być przygotowany na koszty. Ma zarazem spore prawa i możliwości. Rozpoczynając rozmowy zgodziliśmy się, by gospodarzem był gen. Czesław Kiszczak. Rolą gospodarza jest przywitać gości. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że Generał stawiając się w tej roli przyjmuje wobec nas, strony opozycyjno-solidarnościowej, postawę wyższościową. Czuliśmy się jednak dostatecznie mocni i niezależni, by pominąć ten protokolarny szczegół. To był błąd! Ten szczegół negocjacji nie był przypadkowy. Nie straciliśmy oczywiście nic z naszej siły i niezależności, ale fakt podawania ręki Kiszczakowi już na początku rozmów był komentowany niekorzystnie dla naszej strony. Gdyby gospodarzem był rektor uniwersytetu, to on by witał na równi obie strony. Nie byłoby wtedy powodów do złośliwych komentarzy. Gospodarz może zaproponować pamiątkowe zdjęcie i toast za powodzenie rozmów. Jest zarazem zobowiązany zachować dyskrecję we wszelkich sprawach. To jego honorowy obowiązek. Uczestnicy negocjacji natomiast ujawniają opinii publicznej to, co uważają za korzystne dla siebie. Dla tego nie wolno łączyć w negocjacjach funkcji strony i gospodarza. Przy negocjacyjnym stole padają czasem ciężkie słowa, które rozmówca może odebrać jako obraźliwe. W takiej sytuacji o kontynuowaniu negocjacji nie może być mowy. Nie można jednak losów państwa i narodu, a tego dotyczą negocjacje takie, jak polski Okrągły Stół, uzależniać od przypadkowego zdarzenia, zdenerwowania, czy niewłaściwego słowa. W takich momentach wkraczać winien gospodarz. Zaproszenie stron do wspólnego posiłku, neutralny toast wzniesiony kieliszkiem alkoholu, to dobra okazja, by powiedzieć rozmówcy, że padło zbędne słowo i poprosić go, by o tym zapomniał. W Magdalence kilkakrotnie zdarzało się, że strony były gotowe do rozejścia się. Kilkakrotnie też obiad czy kolacja pozwalały rozładować sytuację. Ja nie obawiam się zdjęć i filmu pokazującego toasty. To normalna sytuacja w takich negocjacjach i normalny obraz. Zdaję sobie jednak sprawę z faktu, że to obraz dla ludzi normalnych. W świecie polityków, publicystów znajdzie się dość ludzi niegodziwych gotowych każde słowo i gest pokazywać jako sprzeniewierzenie, zdradę, hańbę.

Ostatecznie jednak o wielkości porozumienia zadecyduje to, jak zmienia ono rzeczywistość polityczną państwa, jakie instytucje powołuje do życia, jak poprawia się przestrzeń społecznego działania. „Porozumienie” jest o tyle skuteczne i efektywne, o ile prowadzi do rozwiązań o charakterze instytucjonalnym. W naszym przypadku suwerenność narodu była  gwarantowana wolnymi wyborami do Senatu. Obywatele odzyskiwali podmiotowość dzięki legalizacji związków i stowarzyszeń. Gwarancją wolności słowa, było prawo opozycji do wydawania własnej prasy; niezawisłości sądów – odpowiednie umocnienie Krajowej Rady Sądownictwa.

Jak wykorzystywano drobne potknięcia?

Stwierdziłem wcześniej, że “Solidarność” odniosła stu procentowe zwycięstwo w sferze wartości. Jednak solidarnościowy obóz po czerwcowych wyborach w 89 roku szybko zaczął się dzielić. Nie był to kulturalny rozwód, lecz gorsząca rodzinna burda. Nie pozwoliło to wykorzystać w pełni ideowego zwycięstwa przy Okrągłym Stole. Obywatele i obserwatorzy sceny politycznej dostrzegli w solidarnościowej elicie zwykłą rywalizację o stanowiska. To w demokracji normalne. Nie pasowało jednak do potocznego wyobrażenia o ideałach. Na to przykre zderzenie z taką rzeczywistością, nie byliśmy przygotowani. Nie zdołaliśmy wytrzymać tej najtrudniejszej dla zwycięzców próby. Wielu działaczy uznało, że rozciąga się przed nimi pasmo wyborczych sukcesów i tylko okrągłostołowy kontrakt powstrzymuje ich tryumfalny pochód.

Tymczasem sytuacja ludzi “Solidarności” była bardzo trudna. Bowiem w opinii publicznej wytworzył się obraz ludzi kryształowo uczciwych. Wystarczy wtedy najmniejsza wątpliwość, drobne potknięcie, by wszyscy zaczęli pokazywać palcami i wołać – „Zobaczcie! Wcale nie tacy czyści!.” Białe szaty brudzi najmniejsza grudka rzuconego błota. Drugiej stronie wystarczy otrzepać utytłany błotem płaszcz, by wszyscy orzekli, że nie jest wcale tak brudny jak o nim mówiono. Rozumiała to dobrze strona koalicyjno-rządowa. Do wyborów 4 czerwca starała się wystawić ludzi nowych, fachowych, zdolnych do myślenia nowymi kategoriami. Udało im się to. Sejm, który wyłonił się z wyborów 4 czerwca miał chyba najlepszy skład w historii Rzeczypospolitej. Tak też pracował. Nie oszczędzono mu jednak krytyki. Z rozrzewnieniem wspominam artykuł prasowy, w którym dziennikarz z oburzeniem donosił, że na sali sejmowej było tylko bodajże, 217 posłów. Podobną krytykę podnosili późniejsi posłowie AWS. Dzisiaj bywa jednak, że i siedemnastu nie ma na sali obrad.

Świadectwem tego, jak solidarnościowy obóz na własne życzenie pozbawia się szansy utrwalenia swoich wartości i ideałów pozostanie los projektu konstytucji opracowanej przez Komisję Konstytucyjną kierowaną przez Bronisława Geremka. Była to komisja sejmu kontraktowego. Politycy “Solidarności”, konkurenci Geremka, wykorzystali ten fakt, by projekt zdezawuować i zablokować jego uchwalenie. Udało im się. W ten sposób przepadł, najbardziej solidarnościowy z ducha, projekt konstytucji. Jest on taki, choć posłowie solidarnościowi byli w mniejszości. SLD ma prawo uważać się za ojca obowiązującego aktu. Dominuje w nim duch patriarchalizmu. Dobrze jednak, że jest. Bez niej Polska byłaby w żałosnym położeniu. Konstytucyjny kompromis zawdzięczamy w wielkiej mierze zabiegom Tadeusza Mazowieckiego. Tym razem musiał się jednak zgodzić także na kompromis w sferze wartości. Tak, jak Umowa Okrągłego Stołu, tak i konstytucyjny kompromis był Polsce niezbędny i dla polskiej polityki zbawienny. Tadeusz Mazowiecki – wielka postać pierwszej “Solidarności”, a wraz z nim wielu z nas, musieliśmy go jednak bronić w referendum przed atakiem Akcji Wyborczej “Solidarność”. Udało się. Jeszcze raz postawa odpowiedzialności za losy państwa i obywateli wzięła górę nad personalną i partyjną rozgrywką.

Tłuczkiem w brylanty

Pamięć o wartościach, ideałach i tradycji z jaką strony siadały do „Okrągłego Stołu”, powoli zanika. Zanika też świadomość stuprocentowego zwycięstwa wartości i ideałów przyniesionych do tego stołu przez “Solidarność”. Byłem przekonany, że bardzo trudno jest zniszczyć wielki wymiar i znaczenie tego wydarzenia. Boję się jednak, że “Polak potrafi”. W tym wypadku mówię o wielu czynnych politykach w naszym kraju. Ich działania przypominają anegdotyczną sytuację spod Wiednia. Po zwycięstwie nad wojskami Kara Mustafy znaleziono w jego namiocie szkatułę z brylantami. Wiele z nich to ponoć największe i najcenniejsze brylanty ówczesnego świata. Zwycięzcy postanowili sprawdzić, czy rzeczywiście są to brylanty. Sprawdzian był prosty. Wkładano je kolejno do moździerza i walono w nie stalowym tłuczkiem. Jeśli pękał, uznawano go za fałszywy. Pękły wszystkie. Mam nadzieję, że to tylko złośliwa plotka opowiadana jako dowcip o Polakach, że to wszystko nieprawda, że nie było żadnych brylantów. Kiedy jednak przypominam sobie jak rozbito Komitety Obywatelskie “Solidarności”, jak uwalono najbardziej solidarnościowy z dycha projekt konstytucji, jak zaatakowano Premiera Tadeusza Mazowieckiego i plan Balcerowicza, kiedy widzę, jak dezawuuje się Umowę Okrągłego Stołu, jak poniewiera się Lecha Wałęsę to staje mi przed oczyma ten moździerz i widzę charakterystyczną osobę w husarskich skrzydłach walącą stalowym tłuczkiem w brylanty.

Zbigniew Bujak

Fragment książki, który otrzymaliśmy od autora, został uzupełniony śródtytułami.

Polub nas na Facebooku