Czy PiS spłynie z prądem?

polecamy

Napięcie w sieci elektrycznej jest ustabilizowane, natomiast napięcie wokół cen dostaw energii stale rośnie. Rządzący PiS uznał za realne zagrożenie, że jego władza może spłynąć wraz lawiną rosnących rachunków.

Decydenci znaleźli się na rozdrożu. W całej Europie (ale nie tylko) wzrost cen energii wydaje się przesądzony. Wskazują na to nie tylko ruchy na rynku surowców, ale także świadome posunięcia. Europejczycy, w znaczącej większości, nie chcą żyć w smogu, który jest produktem spalania ropy, węgla i benzyny. Oczyszczenie atmosfery wymusza reżimy, za którymi Polska wyraźnie nie nadąża.

Przede wszystkim, dlatego że tkwimy w energetyce opartej na węglu. Zmiana tego stanu oznaczałaby konieczność  przebudowy przemysłu Śląska. Rządzący wolą nawet nie myśleć, co o takich przemianach mogą sądzić mieszkańcy tego regionu. Zwrot w upodobaniach 5-7 mln wyborców oznaczałby dla nich polityczną katastrofę. Stąd zapewnienia, że na zawsze, albo tak długo jak się da, węgiel pozostanie „dobrem narodowym”. A energetyka wiatrowa, słoneczna i czerpana z ziemi  traktowana jest jak dziwactwo.

Lęk przed gniewem wyborców

Sondaże wskazały, że już pierwsza fala podwyżek rachunków za energię może zachwiać politycznym gmachem PiS. Minister Krzysztof Tchórzewski został zmuszony, wbrew obiektywnej konieczności, do zamrożenia cen energii na obecnym poziomie. Jak to możliwe?  Wyjaśniamy.

Na cenę kilowatogodziny (1kWh), która obecnie wynosi ok. 0,55 zł składają się:
– koszt zakupu energii elektrycznej – 18 groszy
– podatek VAT – 10 groszy
– akcyza – 4 grosze
– podatki i opłaty lokalne – 2 grosze
– koszty własne dystrybutora – 11 groszy
– marża dystrybutora – 1 grosz
– koszty przesyłowe – 9 groszy

Rosnących kosztów produkcji i dystrybucji zmienić się nie da, ale można obniżyć podatki. Rząd je obciął, przede wszystkim akcyzę, a stało się to kosztem ok. 9 mld zł. To jest mniej więcej tyle ile wynoszą wydatki państwa na naukę.

Zbudowano tamę przed powodzią… Z tym, że tama od początku zaczęła przeciekać. Bo firmy dystrybuujące próbują ominąć postawione im zakazy. Bo ochrona indywidualnych odbiorców (czyli wyborców) już nie tak samo dotyczy organizacji samorządowych, szpitali, szkół. Ich rachunki nie są już zmartwieniem PiS-owskiego rządu, tylko niePiS-owskich władz lokalnych. Tama chwieje się i wiadomo z pewnością, że za rok się rozpadnie. Ale to już będzie po wyborach i rząd będzie albo rozkładał ręce, albo borykał się z zastaną katastrofą. Czy PiS spłynie wraz energetyczną powodzią?  

AW

Tekst pochodzi z współpracującego z nami Biuletynu Praskiego, który w całości jest do pobrania na naszej stronie.

Polub nas na Facebooku