Europejskie Centrum Solidarności — opowieść o drodze do wolności

Europejskie Centrum Solidarności
Fot. Artur Andrzej [CC BY-SA 4.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0)]
polecamy

„Europa zaczyna się tutaj”, choć wtedy tego nie wiedzieliśmy, a dziś próbuje się to wymazać z pamięci.

Pierwsze wrażenie jest niezwykłe, szczególnie dla kogoś, kto wcześniej widział stocznię tylko na zdjęciach i filmach. Oczywiście dzisiejsze tereny stoczni wyglądają inaczej niż w 1980 r., ale dla laika przemysłowy pejzaż jest bardzo podobny do tego, co zapisało się w pamięci. Budynek ECS jest dobrze widoczny, wyróżnia go elewacja przypominająca kształtem i materiałem kadłub statku pokryty zrudziałą od rdzy blachą. Po wejściu uderza przestrzenność i nowoczesność wnętrza, z pełnym zieleni patio i widoczną na piętrze olbrzymią biblioteką. A potem zaczyna się wędrówka po piętrach i salach.

Europejskie Centrum Solidarności
Fot. Robert Hojda

Ekspozycja obejmuje chyba wszystko, czego trzeba, aby wyobrazić sobie dawną stocznię, pracujących tam ludzi i rzeczywistość, która wzbudziła bunt. Nie miejsce tu na opisywanie wystawy, szczególnie że zrobiono to już wielokrotnie. Chodzi raczej o sam fenomen Europejskiego Centrum Solidarności, tego, czym jest, i dlaczego budzi takie emocje po stronie dzisiejszej władzy. Należę do pokolenia, które w maju 1980 r. zdawało maturę — wydarzenia z tego roku towarzyszyły naszemu wchodzeniu w dorosłość. Część z nas wiedziała o istnieniu Komitetu Obrony Robotników, o wydarzeniach w Radomiu i Ursusie, ale nie sądzę, żebyśmy rozumieli, o co w tym wszystkim chodzi naprawdę. W większości (mam na myśli moich kolegów i koleżanki ze szkoły) pochodziliśmy z inteligenckich rodzin, mogliśmy się uczyć, nie martwiliśmy się o zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych. Pewne sprawy były oczywiste: oficjalna wersja historii ze Związkiem Radzieckim w roli głównej, wszechwładza partii, nieograniczone możliwości urzędników, brutalność milicji, pustki w sklepach, paszport wydawany lub nie zależnie od kaprysu kogoś tajemniczego, pustki w sklepach, brzydota i szarość — w takim świecie dorastaliśmy i był dla nas tak normalny, jak dla dzisiejszych 18-latków wyjazd na studia do Edynburga, wakacyjna włóczęga po świecie i 30-letni kredyt na mieszkanie.

Historia nabiera życia

Europejskie Centrum Solidarności
Fot. Robert Hojda

I nagle zaczęły się strajki, coś, co dotychczas zdarzało się tylko na Zachodzie. Co więcej, nie chodziło już tylko o kwestie wynagrodzeń i podwyżek cen. Pojawiło się słowo „wolność”. I właśnie o wolności, a dokładniej o drodze do niej opowiada ECS. Pokazuje, jak rodziła się jej świadomość, potrzeba, a wreszcie jak wolność stała się wartością, dla której warto było wiele poświęcić.

Dla mojego pokolenia historia Solidarności jest żywa, bo działa się w czasach naszego dorastania. Pamiętamy nazwiska i wydarzenia, bo albo w nich uczestniczyliśmy, albo o nich rozmawialiśmy. Przez lata na te doświadczenia nałożyła się wiedza zdobywana dzięki lekturom i rozmowom, więc odwiedziny w ECS nie dostarczą nam nowych informacji. Jednak dzięki temu, że w ramach jednej ekspozycji ujęto okres od 1980 do wyborów w 1989 r. zyskuje się możliwość całościowego spojrzenia na tę nieodległą w końcu przeszłość i uporządkowania na jej tle własnej pokawałkowanej historii. Co jeszcze ważniejsze, Centrum odwiedza wielu młodych i bardzo młodych ludzi. Dzięki zdjęciom, filmom i przedmiotom takim jak tablice z postulatami stoczniowców, gazetki i wreszcie brama stoczni zniszczona przez czołg podczas pacyfikacji, książkowa historia także dla nich nabiera życia.

Rzetelnie i obiektywnie

Europejskie Centrum Solidarności
Fot. Robert Hojda

Historię tamtych lat twórcy ekspozycji starali się przedstawiać rzetelnie i obiektywnie, w maksymalnie wyważony sposób. Nacisk położono bowiem na rodzenie się w ludziach potrzeby i poczucia wolności, a nie na polityczne rozgrywki między różnymi ugrupowaniami ówczesnej opozycji. Wałęsa, Kuroń, Walentynowicz, Gwiazda, ksiądz Popiełuszko, kardynał Wyszyński i Jan Paweł II mają w tej historii swoje miejsce przyznawane bez podziału na lepszych i gorszych. Inna sprawa, że kiedy na filmie robotnicy skandują „Leszek, Leszek”, to bez dwóch zdań wiadomo, że chodzi o Wałęsę, bez względu na to, jak bardzo twórcy nowej historii chcieliby tam innego Leszka widzieć. Jest więc Wałęsa na tle tłumu bezimiennych stoczniowców, natomiast ci, których dziś siłą wpycha się na główne miejsce w podręcznikach historii, są jednak mniej widoczni. Bo tak właśnie było.

Ale tak naprawdę i tak nie chodzi o to, kto był ważniejszy. Chodzi właśnie o wolność, o którą wtedy Polacy postanowili walczyć. A potem zrobiły to inne kraje dawnego bloku wschodniego. To był nasz powrót do Europy. Wielka szkoda, że małość i zawiść doprowadziły do tego, że daty z lat 80. nie dały początku wielkim, radosnym świętom. W efekcie przeciętny Europejczyk uważa, że upadek komunizmu zaczął się od zburzenia muru berlińskiego. W polskiej historii przegranych powstań i wojen, niewiele jest wydarzeń kończących się sukcesem. Taka jest historia Solidarności, ale najwyraźniej wolimy święcić wielkie porażki i domagać się szacunku za cierpienie. Tylko, że cierpiętnictwo nikogo nie porwie, niestety.

[anpuz]

Polub nas na Facebooku