Myśleć globalnie, działać lokalnie, czyli redakcje i kluby na start

polecamy

„Ta stara maksyma ekologów do dzisiaj odpowiada znakomicie na pytanie, jak żyć, czy może raczej, jak działać” – Zbyszek Bujak stawia wyzwanie mediom lokalnym, także tym, które pojawią się na Kongresie Mediów Obywatelskich (16 marca w Warszawie).

W ostatnich latach coraz więcej słyszymy i wręcz doświadczamy niemal co dnia, że wszystko, co zdarzy się gdziekolwiek na świecie dotyka swoimi konsekwencjami każdego innego człowieka w dowolnym zakątku świata. Odkrycie palmy, której owoce zawierają cenny olej błyskawicznie doprowadza do zamiany cennych przyrodniczo puszcz w sady palmowe. Technologia „ekologicznego” paliwa spirytusowego z kukurydzy doprowadza do głodu tam, gdzie ta kukurydza była podstawą wyżywienia ubogich. Skonstruowanie telefonu komórkowego i smartfonu w USA doprowadza do zrujnowania w niewyobrażalnej skali terenów w Afryce i nie tylko, gdzie wydobywa się ziemie rzadkie i inne pierwiastki niezbędne do ich produkcji. Śmieci wyrzucone do rzek i mórz lądują na plażach odległych wysp.

Takie przykłady można mnożyć w nieskończoność. Możemy obejrzeć filmy i reportaże, które bardzo dobitnie pokazują ten paradoksalny efekt i zarazem dramat cywilizacyjnego rozwoju ostatnich kilku dekad. Wciąż jednak te problemy wydają się odległe. Trudno nam zobaczyć, że jest związek między sypaniem nawozu na pole i stanem Bałtyku. Nam na polu rośnie, ale ten sam azot zabija życie w naszym morzu i dorsza niebawem już tam rybacy nie złowią. Zatrzymanie tych katastrofalnych konsekwencji cywilizacyjnego rozwoju jest niezbędne i możliwe. To właśnie ta sama cywilizacja daje nam instrumenty, dzięki którym możemy na własne oczy zobaczyć w odległych rejonach świata, jakie są konsekwencje naszych działań lub naszych zaniechań.

Potrzebny, wręcz niezbędny jest zatem ktoś, kto nam ten bezpośredni związek globalnych zdarzeń z tym, co robimy w naszym miejscem zamieszkania pokaże, opisze i udowodni. Tego nie zrobi BBC, National Geographic czy TVP Kultura. To epokowe zadanie mogą skutecznie realizować tylko media lokalne, bo to co globalne w każdym miejscu będzie odciskać swoje piętno w inny sposób.

Rozwiązanie problemy zaopatrzenia w wodę, utylizacji śmieci, tworzenie źródeł energii (OZE) jest możliwe i sensowne tylko z uwzględnieniem lokalnej specyfiki i zasobów. W Polsce i nie tylko mamy jeszcze jeden obszar gdzie to, co globalne, europejskie wpływa na to, co lokalne. Często używane i wręcz nadużywane hasło „wartości europejskie” bardzo ściśle i konkretnie przekładają się na sytuację obywateli poprzez sposób, w jaki rządzone jest nasze państwo i jak zarządzane są jego służby. Kto i w jaki sposób może nam pokazać i przybliżyć, czym są i jak realizują się „wartości europejskie” w konkretnych sytuacjach? Tylko media lokalne, bo to na tym poziomie te „wartości” zyskują rzeczywistą, realną formę i treść.

Najprostszym przykładem niech będzie moje spostrzeżenie z wizyty w Brukseli. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to brak krawężników. W ich miejsce jest łagodne przejście między jezdnią i chodnikiem. Jak mi wyjaśniono, likwidują krawężniki już od kilkunastu lat, bo są one przyczyną wypadków dzieci, starszych osób, rowerzystów. Są przeszkodą dla inwalidów na wózkach, uszkadzają koła samochodów itp. Jedną z fundamentalnych wartości europejskich jest służebna rola administracji publicznej i wszelkich służb. To ta zasada nakazała natychmiast przystąpić do usuwania krawężników, gdy zauważono, że przeszkadzają one i wręcz zagrażają obywatelom. Dostrzeżenie takiego problemu, rozpoczęcie akcji społecznej, która to zmienia jest idealnym przykładem roli i zadań lokalnych mediów.

Tego nie da się „zobaczyć” i przeprowadzić z pozycji ogólnokrajowej gazety, tygodnika czy telewizyjnego kanału. Na tym poziomie możemy tylko wysłuchać kolejnych filozoficznych wypowiedzi i rozważań o wadze i znaczeniu europejskich wartości i o tym, że miasta powinny być przyjazne dla niepełnosprawnych. To jednak zaledwie piękna idea. Aby mogła przerodzić się w konkretne działania i rozwiązania, niezbędne są lokalne media, bo to one są w stanie pokazać, na czym polega dany problem w konkretnym mieście, dzielnicy, wiosce i jak go rozwiązać.

Podczas każdej mojej wizyty studyjnej, w każdym z europejskich krajów „starej Unii” była podkreślana cywilizacyjna rola lokalnej prasy w przekładaniu ogólnych idei i haseł na język konkretnych zagadnień, z którymi obywatel spotyka się w codziennym życiu, pracy, działaniu. Podkreślano przykładowo, że wręcz nie da się zbudować systemu zbierania i utylizacji śmieci bez udziału mediów lokalnych. Nie da się sporządzić planu zagospodarowania przestrzennego bez ich udziału. Także działania na rzecz bezpieczeństwa w mieście, gminie, powiecie, regionie można efektywnie prowadzić tylko z udziałem mediów lokalnych.

W dzisiejszej Polsce, gdy jadąc widzę architektonicznego potworka rujnującego piękny ongiś pejzaż wiem, że brakuje tu lokalnej gazety, radia i dziennikarza/dziennikarki, którzy wiedzą, że przestrzeń w której żyjemy, chodzimy, spacerujemy z dziećmi i gośćmi jest przestrzenia wspólną. Nie wolno nikomu jej psuć architektoniczną brzydotą. Jako obywatele mamy bowiem fundamentalne prawo do piękna. Tego jednak nie zapewnią nam żadne służby kontroli i nadzoru. Postrachem będzie natomiast lokalna gazeta z jej doroczną nagrodą „Wielkiej Kupy” przyznawaną architektonicznemu potworkowi.

Światowe zdarzenia, europejskie wartości, polskość to w każdym z tych obszarów długa lista zagadnień, które prawie zawsze wymagają odpowiedniego przełożenia na sytuację w lokalnej społeczności, czyli – co to znaczy dla mieszkańców naszego miasta, wsi, powiatu, regionu? Od razu widzimy, że na dziennikarstwie lokalnym spoczywa niezwykle trudne zadanie.

Gdy dziennikarz światowej, europejskiej czy krajowej telewizji, radia, tygodnika kończy reportaż o elektronicznych śmieciach, o milionach ton plastiku w morzach, dla dziennikarzy lokalnej gazety temat i zadanie dopiero się zaczyna. To, czy problem znajdzie sensowne rozwiązanie zależy właściwie tylko od „lokalsa” i reszty jego koleżanek i kolegów „lokalsów” w tysiącach miast i gmin. W krajach „starej Unii”, wśród rządzących, znajdziemy wiele przykładów zrozumienia roli lokalnych mediów. W ramach funduszy unijnych organizowane są konkursy na dotację na działania informacyjne dla prasy lokalnej. Na „naszym podwórku” wsparcie prawne czy finansowym dla regionalnej prasy mają w obszarze zainteresowań takie podmioty jak Fundacja Batorego czy Helsińska Fundacja Praw Człowieka, które pojawią się na Kongresie Mediów Obywatelskich w Warszawie.

W naszym kraju mieliśmy także nasz „gwiezdny czas” regionalnych, miejskich i zakładowych biuletynów i gazetek „Solidarności”. To w nich kipiała debata o drogach i sposobach naprawy Rzeczypospolitej we wszystkich sferach działania państwa, jego służb, organów, urzędów. Solidarność była znakomitym patronem, bo była bardzo zamożną organizacją. Stać nas było, aby finansować biura, wyposażenie, łączność, etaty, sprzęt reporterski, delegacje itp. Trudne wtedy były kontakty międzynarodowe. Brakowało dostępu do światowej prasy, radia, telewizyjnych programów.

Dzisiaj każdy dziennikarz ma to wszystko pod ręką w smartfonie. Jego dziennikarska ekspresja i wolność jest jednak ograniczana możliwościami finansowymi. Sytuacja z czasów „Solidarności: jako patrona, jest nie do powtórzenia. Trzeba szukać innych rozwiązań. Patronami w wielu przypadkach są władze miejskie. Te jednak zawsze mają tendencję do narzucania redakcji swej woli i wyobrażenia, czym redakcja powinna się zajmować, jak o tym pisać i co w ogóle opisywać. Znam ten syndrom z czasów „Solidarności”. Tylko w dwóch regionach liderzy zagwarantowali i bronili pełnej niezależności prasy związkowej – w Bydgoszczy i Warszawie (Region Mazowsze).

Warto więc pracować nad tym, aby uzyskać finansową niezależność. Tylko ona będzie źródłem dziennikarskiej wolności. Łatwo powiedzieć, ale jak to zrobić? Prasa „Solidarności” była emanacją szerszego ruchu, który obfitował w debaty ważne dla obywateli. Siedziby „Solidarności” wszystkich szczebli były zarazem rodzajem otwartych klubów dyskusyjnych, gdzie toczyły się debaty o kwestiach, które decydowały o tym, co zdarzy się w naszym zakładzie, branży, regionie, jak to wpłynie na sytuację w całym kraju. Trzeba było też wiedzieć, o czym się debatuje w innych „klubach Solidarności” na terenie kraju.

Tej wymianie myśli, pomysłów, projektów i programów służył biuletyn AS (Agencja Solidarności). Biuletyn ten zawierał opisy, sprawozdania, wywiady, relacje ze wszystkiego, co zdarzyło się w Solidarności w kilku minionych dniach. Każda gazetka zakładowa, regionalna czy branżowa „Solidarności” mogła przedrukować i skomentował to, co uważała za ważne dla jej czytelników. Była więc swoistą platformą, którą teraz mogą spełnić platformy internetowe. Nie mam jednak wątpliwości, że kluczem do powodzenia tamtej sieci były owe „kluby”, bo tam wykuwały się w nieustających spotkaniach i debatach przyszłe losy wszystkich obywateli. Trzeba było jednak geniuszu, aby ten proces społeczny dostrzec i uznać, że to właśnie on wymaga opisu i upowszechnienia. Tym geniuszem wykazała się Helena Łuczywo i to Ona zorganizowała „Agencję Solidarności”.

Czy obecna sytuacja w naszym kraju, w Europie, w świecie jest równie gorąca? Czy zdarzenia biegną równie szybko, jak wtedy? Czy problemy, które rodzi obecna sytuacja w Polsce Europie i świecie mają równie wielką wagę, jak wówczas? Na te trzy pytania odpowiadam TAK. Polska nie wygląda dzisiaj tak zgrzebnie, biednie i ponuro, jak w latach osiemdziesiątych.

Są domy kultury, biblioteki, szkolne i uczelniane aule, klubo księgarnie i klubokawiarnie. Wszystkie one chcą być żywe, chcą błyszczeć intelektualnym programem i merytorycznymi debatami. Będą tylko bronić się zapewne przed wciągnięciem w polityczną walkę, bo ta już dawno przybrała formy niszczące wszystko i wszystkich na swojej drodze. Ci jednak, którzy mienią się być politykami, muszą wsłuchiwać się w głos opinii publicznej. Jeśli lokalne media pokażą, że są w stanie pomóc obywatelem śledzić zdarzenia we współczesnym świecie, Europie, Polsce i zrozumieć zarazem jak łączą się one i wpływają na ich życie, to staną się siłą, która odmieni naszą scenę polityczną. Odmieni, bo ta scena wymaga ustanowienia nowych kryteriów oceny tych, którzy aspirują do rządzenia krajem, którzy aspirują do roli polityków. Kryteria oceny, to neutronowa bomba, która anihiluje tych, którzy ich nie spełniają. To potężne narzędzie wpływu jest dla lokalnych mediów na wyciągnięcie ręki.

Zbigniew Bujak

Polub nas na Facebooku