Wspierając się, jesteśmy siłą

polecamy

Dostęp do publicznej agory jest nieograniczony – pisać mogą wszyscy, ale czy wszyscy robią to interesująco? Dziś rozmowa z uczestnikiem Kongresu Mediów Obywatelskich, Robertem Bagińskim, blogerem, ale także cenionym publicystą w mediach regionalnych.

Twój blog „Nad Wartą” (http://nadwarta.blogspot.com/) ma już 18 milionów odsłon, średnio od 3-4 tysięcy dziennie, i otrzymał wyróżnienia od Stowarzyszenia Dziennikarzy RP czy Marszałek Województwa  Lubuskiego. Gratulacje i pytanie: łatwiej być blogerem czy dziennikarzem?

Robert Bagiński: Kiedyś myślałem, że blog to boksowanie znacznie powyżej wagi. Szybko się przekonałem, że można być lepszym od dziennikarzy tradycyjnych mediów. Stawiam dolary przeciw orzechom, że ludzie podświadomie czują, że tradycyjne media są w mniejszym lub większym stopniu od kogoś lub czegoś zależne.

Powiedz szczerze, czy nagrodę dostałeś za pochwałę władzy lokalnej? Jakie tematy doceniono?

Bynajmniej nie za pochwały, ale dla przykładu: „za pisanie o mankamentach regionalnej polityki”.  Bycie blogerem, to zajęcie bardzo pojemne: od spraw ważnych, poważnych i ogólnopolskich, po lokalne, mniej znaczące oraz dotyczące lokalnej polityki. To ostatnie to dla mnie nie pierwszyzna i moje teksty analityczne cieszą się sporym zainteresowaniem. Może dlatego, że dwadzieścia lat temu byłem po tamtej stronie – zajmowałem się polityką.

Czy zatem tylko polityka Cię interesuje?

Oczywiście polityka jest moim konikiem, zwłaszcza teraz za rządów „dobrej zmiany”, gdy stawka za pisanie prawdy stała się niebezpiecznie wysoka. Dziennikarze udają już tylko statywy do mikrofonów. Nie znoszę pozlepianej na ślinę ściemy i nie chcę oswajać rzeczywistości ogólnikami. Ściema szybko wyjdzie zza pudru i fasady. Niech boli, ale musi być prawdziwie!

Piszesz do prasy regionalnej. Z jakimi problemami mierzą się te media?

Ledwie zipią. Wielu już się o tym przekonało co i kogo w danej gminie krytykować można, a kogo nie można. Wachlarz samorządowych kar jest szeroki – od pomijania przy zlecaniu płatnych ogłoszeń, przez blokowanie dostępu do informacji, a na stygmatyzowaniu, bezpośrednich naciskach na szefów oraz potencjalnych reklamodawców, kończąc.

Naciski na media nie odbywają się najczęściej w sposób oficjalny, ale zawoalowany, co dla wcale nie tak licznych reklamodawców zawsze jest czytelne. Inną sprawą jest agresja prawna względem mediów lokalnych. Redakcje krajowe mają za sobą profesjonalne zaplecze prawne. Dziennikarze portali internetowych oraz blogerzy, zostają sami. Szukają pomocy, porady, kontaktu z innymi, którzy są w podobnej sytuacji…

Czy z tego powodu weźmiesz udział w Kongresie?

Przede wszystkim gratuluję organizatorom, że odważyli się zorganizować tak wszechstronne szkolenie z tyloma cenionymi specjalistami… Na dodatek to nie łatwe zgromadzić w jednym miejscy tylu indywidualistów. Tu nikt nie chce być przeciętny, ale wszyscy powinniśmy wiedzieć, że tylko wspierając się, jesteśmy siłą. Liczę właśnie na mniej lub bardziej formalną jedność w obronie wolności słowa. To jest clou naszego istnienia: wspieranie się. Na to liczę i dlatego będę na kongresie.

A druga sprawa, to chcę spotkać się z ludźmi myślącymi podobnie, którzy wykonują swoją działalność, bo czują, że jest to misja. Lektura mediów obywatelskich pokazuje, że ich twórcom o coś chodzi. I fajnie.

Rozmawiała Anna Dysińska

Polub nas na Facebooku