23 lipca 2019

Strona główna Aktualności Media obywatelskie, czyli właściwie, jakie?

Media obywatelskie, czyli właściwie, jakie?

0
Media obywatelskie, czyli właściwie, jakie?

Są niedofinansowane i nieprofesjonalne po części, dające jednak otuchę w obecnych trudnych czasach. Dziennikarstwo obywatelskie uprawiane przez niezawodowych żurnalistów albo takich co aspirują, działających w interesie społecznym istniało już w PRL, ale teraz wcale do łatwych nie należy.

Obywatelskie winny być wszystkie media  – te obecnie w rękach amerykańskich, w rękach niemieckich, czy w łapskach rządowych. Ale są inne. Są tworzone zazwyczaj nie przez zawodowców. I tu od razu wpadamy na pierwszą minę – kto jest zawodowcem?

Stefan Bratkowski, wielki zwolennik ruchów i działań oddolnych, sam super dziennikarz i organizator, uważa, że każdy pracujący w mediach jest dziennikarzem i już. Obojętne, jakie to są media. Oczywiście, wielu dziennikarzy zawodowców, wolałoby ograniczenia dostępu do zawodu, bo to wówczas łatwiej się utrzymać na powierzchni. Może najrozsądniejsza jest – z jednej strony – zasada amerykańska: dziennikarzem jest ten, kto ma ponad połowę rocznych opodatkowanych dochodów z pracy dziennikarskiej.

Oczywiście, ta zasada może być stosowana w normalnych warunkach. My w Polsce A.D. 2019 jesteśmy na zupełnie innym etapie rozwoju mediów. Znowu.

Wracamy bowiem w jakimś stopniu do sytuacji mediów lat 80., czyli okresu karnawału „Solidarności”, i prasy podziemnej lat stanu wojennego, i okresu przed 1989 rokiem. Choć dzisiejsze media obywatelskie pod jednym względem mają trudniej; nie mają zasadniczo na swoją działalność pieniędzy. Bo – choć to może brzmi śmiesznie – sytuacja prasy podziemnej była zdecydowanie lepsza pod tym względem.

Redakcje, największe tytuły, a czasem i małe, ale znaczące, miały zastrzyki pieniędzy z dwóch źródeł. Jedno było własne – ludzie dawali datki, płacili za gazety, a z tego potrafiła się uzbierać całkiem niezła suma na dalszą działalność. Były też dotacje ogólnie mówiąc z „podziemia”, które miewało wsparcie finansowe z Zachodu – ze związków zawodowych, organizacji społecznych, a – co już dziś nie jest tajemnicą – drogami pośrednimi również i od rządów państw zachodnich. To bardzo ułatwiało pracę, bo można było czuć się bezpiecznym robiąc w podziemnej gazecie. Bezpiecznym finansowo, bo bezpieczeństwa innego nie było – cały czas dziennikarze, drukarze, kolporterzy byli zagrożeni więzieniem, grzywnami, konfiskatą maszyn do pisania, samochodów, którym się woziło papier, czy wydrukowane gazety etc. I nie było to gołosłowne zagrożenie, a całkiem realne i konkretne.

Wielu siedziało, wielu w pierwszym okresie, czyli w roku 1982, trafiało do obozów internowania. Wielu dostawało fizycznie niezłe bęcki, bo esbecy czy milicjanci zawsze najpierw woleli się wyładować i wytłumaczyć „takiemu”, co myślą, o jego działaniach. Jednak patrząc na efekty, na tytuły ogólnopolskie (Tygodnik Wojenny, Tygodnik Mazowsze czy PWA Przegląd Wiadomości Agencyjnych – pierwszy drukowany od 1984 roku na offsetowej maszynie zrobionej domowym sposobem) czy tytuły wydawane w regionach, lokalnie, czy branżowych, na ilość wydawanych gazet, była to działalność przynosząca efekty.

Dodać jednak trzeba, że zbierając materiały do wydawanych gazet korzystano głównie z informacji pozyskiwanych kanałami własnymi czy przez sieć związkową. Największą satysfakcją było słuchanie wydanych gazet, czy napisanych do nich tekstów, czytanych regularnie przez nadające z Monachium Radio Wolna Europa czy londyńską sekcję polską radia BBC, bądź Radio France Internationale. Dla wspomagających finansowo z Zachodu ważne były ustalone potwierdzenia sum przekazanych dla konkretnych tytułów.

Jakie było znaczenie tej prasy?

Ogromne, mimo, że rzecz jasna nie wielka relatywnie część społeczeństwa do tej prasy miała dostęp.

Ogromne, bo pokazywało istnienie niezadowolonych i istnienie opozycji.

Ogromne, bo pokazywało i opisywało wiele bezsensów działania ówczesnej władzy, partii rządzącej czy ówczesnego państwa.

Ogromne, bo pokazywało skalę marnotrawstwa państwowego i bezsensownych działań przemysłu i błędów gospodarczych.

Na przykładzie niskonakładowego miesięcznika „Górnik Polski” wydawanego na Górnym Śląsku widać było wściekłość władzy na to, że ktoś pisze i pokazuje bzdury gospodarcze, marnotrawstwo złoża i węgla, pracy ludzkiej, a także opisuje … wsparcie przez komunistyczne władze eksportem polskiego węgla rządu Wielkiej Brytanii rozbijającego 13-to miesięczny strajk górników brytyjskich. Założeniem tego miesięcznika – regularnie czytanego przez Radio Wolną Europę, czy inne stacje – było podawanie bardzo dobrze zweryfikowanych informacji o tym, co się dzieje w polskim górnictwie, o wypadkach, rabunkowej gospodarce i niszczeniu złoża. Artykuły na temat polskiej energetyki, polskiego górnictwa i konieczności wprowadzenia w nim radykalnych zmian, były dla władzy niepokojące, bo dawały informacje ludziom o tym, że mimo nachalnej propagandy nie jest w polskiej gospodarce dobrze i że jest źle zarządzana. Jaką złość wzbudzały w PRL-owskich władzach tego typu informacje, świadczy najlepiej to, jak bardzo starała się zdezawuować szefa Regonu Górnośląskiej Solidarności Tadeusza Jedynaka, który trzy miesiące po rocznym internowaniu zszedł do „podziemia”, kilka miesięcy później uruchomił właśnie „Górnika Polskiego”.

To, jak bardzo chciała władza doprowadzić do likwidacji tego typu działań, widać było patrząc na stawiane mu po aresztowaniu w czerwcu 2005 roku zarzuty. Tadeusz Jedynak jako jedyny spośród ludzi podziemia solidarnościowego miał postawiony przez Prokuraturę Wojskową zarzut zdrady Państwa, co było zagrożone karą aż do kary śmierci włącznie. Niezwykle ważne było też to, by – po jego aresztowaniu – utrzymać tytuł, utrzymać charakter i zasięg, jaki miał wcześniej.

Rzecz jasna z przyczyn zasadniczych, tzn. bezpieczeństwa autorów, teksty w prasie podziemnej były w dużym stopniu podpisywane pseudonimami. Swoimi nazwiskami podpisywali ludzie ukrywający się i działający w „podziemiu”, np. szefowie regionów. Dziś słownik pseudonimów „Kto był kim w drugim obiegu?” wydany przed kilkoma laty rozszyfrował większość autorów.

Media obywatelskie są najczęściej mediami tworzonymi przez ludzi żyjących w swoich środowiskach. Ludzi, którym jest często ciężko zdobyć się na brawurę, na odwagę pisania pod własnym nazwiskiem. Zwłaszcza w dobie wszechogarniającego hejtu, czy po prostu rozkręcanych ataków nienawiści, szczególnie wobec kogoś, kto pokazuje w złym świetle to, co się dzieje w jego małej ojczyźnie czy firmie, w której pracuje. Nie stawiam tezy, że jedynie teksty „pod nazwiskiem” mają większą moc, większą siłę sprawczą. Są one jednak wiarygodniejsze. I trudniejsze do obalenia zawarte w nich informacje. Podkreślam, że tym bardziej  należy doceniać wagę, siłę, odwagę autorów z mniejszych ośrodków, żyjących na lokalnych świecznikach, nie godzących się na bezprawie czy niegodziwości władzy, szczególnie niegodziwości mające przyzwolenie władzy bądź partii, która tę władzę trzyma.

Na koniec jeszcze coś optymistycznego. Sąd Apelacyjny w Warszawie niecały rok temu oddalił odwołanie ZUS po przegranym procesie i wyroku niekorzystnym dla ZUS. ZUS nie chciał uznać pracy w dziennikarstwie podziemnym za pracę dziennikarską świadczoną w latach 80. Rzecz tyczyła prawa do wcześniejszej emerytury (zgodnie z obowiązującymi do 1999 roku przepisami). ZUS twierdził, że odwołujący się nie spełniał wymogów dających mu przywilej skorzystania z prawa do wcześniejszej emerytury, skoro z redakcjami prasy podziemnej nie miał umów o pracę i to zawartych na podstawie Układu Zbiorowego Pracy Dziennikarzy.

Sąd Apelacyjny w bardzo jasnym i jednoznacznym orzeczeniu stwierdził, że praca dziennikarska uwiarygodniona przedstawionymi dowodami, jest taką pracą dziennikarską i ZUS ma obowiązek jej uznania. Piszę o tym dziś, dlatego że ten wyrok daję nadzieję na to, iż za kilka lat, w dobie powrotu do przestrzegania prawa i funkcjonowania państwa praworządnego, dzisiejsze dziennikarstwo obywatelskie zapewne zostanie uznane za pracę spełniającą wszelkie wymogi dające staż pracy, a być może i prawa do uznania tego okresu za okres składkowy do emerytury. Tym rzecz jasna w przyszłości będą się musiały zająć organizację dziennikarskie.

Jarosław J. Szczepański – w latach 80. piszący w prasie podziemnej jako „Sztraba”, „Jakub Kohn”, a współcześnie – dziennikarz i publicysta ekonomiczny w prasie, radiu i telewizji.

W sobotę (16 marca) autor oraz wielu uznanych dziennikarzy spotkają się z dziennikarzami obywatelskimi na Kongresie Mediów Obywatelskich, którego organizatorami są miesięcznik „Nasze Czasopismo” i nasz portal. Na spotkaniu pojawią się przedstawiciele portali, gazet, radia czy telewizji tych związanych z opozycją i tych regionalnych, działających od kilkunastu lat. Będzie reprezentacja vlogerów, blogerów, serwisów i agencji dziennikarskich oraz podmiotów posiadających kanałów informacji. Zapowiedziało się ponad 20 redakcji (ok. 90 osób). Zaplanowano spotkaniach, wykłady i warsztaty – z całego kraju, a wśród wykładowców – wielu znanych ludzi mediów. Impreza ma charakter zamknięty, a relację przedstawimy 18 marca.